Skocz do zawartości

Sirck

Użytkownik
  • Liczba zawartości

    32
  • Rejestracja

  • Ostatnia wizyta

Wpisy na Blogu dodane przez Sirck

  1. Sirck
    Dziś będzie nieco konsolowo z naciskiem na urządzenie Nintendo. Niemniej jeden z podesłanych sprzętów pochwali się również kompatybilnością z PlayStation 3 oraz PC. Akcesoria udostępniła firma Gioteck.
     
    Inspekcja
    Pod lupę trafił zestaw trzech akcesoriów: gamepad WX4, kontroler NSW JC-20 oraz ochrona dla ekranu konsoli 9H. Gamepad WX4 pod względem kształtu i ergonomii to kalka z kontrolera Xbox 360. Jego waga wynosi 168 g, czym wyraźnie różni się od akcesorium Microsoftu. Wymiary gamepada to 155 x 100 x 60 mm. W środku znajdziemy baterię o pojemności 500 mAh, gdzie realistycznie możemy mówić o max dziesięciu godzinach pracy. Odlew całego kontrolera wykonano z solidnego tworzywa, plus trudno coś zarzucić ogólnemu spasowaniu poszczególnych elementów.

    Następne na liście są kontrolery NSW JC-20 mające zastąpić fabryczne Joy-Cons w Nintendo Switch. Nasz pakiet składa się z prawego i lewego kontrolera, stacji dokującej oraz przewodów służących do komunikacji + ładowania. Rzecz jasna NSW JC-20 działają z Switch bezprzewodowo i podobnie jak w przypadku Joy-Cons dwóch graczy może jednocześnie korzystać z uroków konsoli.

    Ich wyprofilowanie różni się w znaczący sposób od fabrycznej oferty japońskiej marki. Po założeniu obu JC-20 Switch swoim kształtem przypomina bardziej PS Vitę. Podobnie jak w przypadku WX4 trudno przyczepić się do wykorzystanych materiałów. Jednak w ogólnym rozrachunku mamy styczność z zauważalnie lepiej (solidniej) wykonaną konstrukcją niż WX4.

    Natomiast nad pakietem H9 Premium Tempered Glass nie ma, co się rozwodzić zbytnio. W niewielkim opakowaniu znajdziemy ochronę na ekran konsoli, ściereczkę do czyszczenia wyświetlacza oraz kawałek plastiku pomocny przy nakładaniu osłony na Switch’a.
     
    Użytkowanie akcesoriów
    Kontroler WX4 z Nintendo oraz PC komunikuje się za pośrednictwem modularnego przewodu micro-USB lub bezprzewodowo po Bluetooth. Na PlayStation 3 pogramy wyłącznie z pomocą przewodu. Pierwszą partię testów przeprowadziłem na komputerze. Po podpięciu do USB Windows wykrywa sprzęt, jako WX4 Controller i wszystko działa bez zarzutu. Drogą bezprzewodową Okienko Microsoftu wykryło gadżet Gioteck, jako „Pro Controler”, ale mimo usilnych prób sprzęt nie działał w żadnej grze.

    Podpięcie do Nintendo Switch można wykonać w dwojaki sposób. Jeśli bezprzewodowo to należy udać się do zakładki w menu konsoli „Change Grip/Order” a na padzie nadusić jednocześnie „Home + Y”. Proces parowania trwa chwilę i nie zawsze kończył się sukcesem. O wiele sprawniej będzie, jeśli użyjecie przewodu USB, który wpinamy z tyłu stacji dokującej. W ten sposób konsola od razu rozpoznaje gamepada, plus można z niego korzystać bezprzewodowo po odłączeniu micro-USB.
     
    Ogólne wrażenia z użytkowania są poprawne, choć spodziewałem się nieco więcej po marce Gioteck. Zwłaszcza, że WX4 wyceniono na nieco ponad dwieście złotych. Na PC pograłem w Tomb Raider oraz wyścigi Grid. W grze akcji, gdzie często potrzebujemy reakcji „zero-jedynkowej”, gamepad sprawdza się ok. Tu muszę nadmienić, że w Windows układ przycisków odpowiada konsoli Nintendo. Czyli jest to odwrotność tego, co znajdziemy na gampadzie Xbox. W wyścigach testowany sprzęt sprawdził się, co najwyżej dostatecznie. Tak zwana „martwa strefa” spustów i analogów jest dość znacząca, zaś same triggery działają skokowo w dwóch, max trzech poziomach. Tym samym manipulowanie gazem lub sprzęgłem będzie powodować grymas niezadowolenia na twarzy.

    Sprawy w przypadku NSW JC-20 mają się dużo lepiej. Nie tylko jakość wykonania zadowala, ale i praca przycisków jest dużo bardziej satysfakcjonująca niż w przypadku WX4. JC-20 są nieco większe niż Joy-Cons Nintendo, przez co w dłoni dorosłej osoby sprzęt leży pewniej. Co jednak istotne a zdziwiło mnie osobiście to, że przyciski ABXY są delikatnie mniejsze z bardziej krągłym wyprofilowaniem niż w oryginale. W efekcie odległość między nimi wydaje się większa. Mniejsze niż w oryginale są także „thumbsticks” umiejscowione nad spustami.
     
    Jako że mamy styczność z produktem typu third-party pewne funkcje są obecne a o innych można zapomnieć. Przykładowo kontrolery JC-20 doposażono w wibracje, ale w porównaniu do oryginałów są wyraźnie słabsze i nie wspierają HD Rumble, dlatego gry pokroju 1-2-Switch mogą rozczarować. Na pokładzie nie uwzględniono jeszcze czytnika NFC, co skreśla z listy choćby użytkowanie funkcji Amibo. Nie mniej gier korzystających z tego udogodnienia znajdziemy najwięcej na początku życia Nintendo Switch. Dziś jest ono praktycznie nieobecne, podobnie jak sensor IR, którego Gioteck również nie uwzględnił w swoim projekcie.
     
    Czego jednak naprawdę brakuje to zasilanie JC-20 z modułu konsoli. Chcąc naładować akcesoria Gioteck musimy skorzystać z dostarczonego przez producenta przewodu USB-C z rozgałęźnikiem. Po naładowaniu powinniśmy wydusić około dziesięciu godzin rozgrywki. Na ile jest to wystarczającym rozwiązaniem każdy musi ocenić w swoim zakresie.

    Nie przedłużając odnośnie NSW JC-20 warto pamiętać jeszcze o dwóch rzeczach: za ich pomocą nie da rady wykonać wybudzenia konsoli oraz do aktualizacji firmware z poziomu PC nie wolno używać dostarczonego przewodu USB. Jest to, co najmniej dziwne. Zresztą, jeśli idzie o aktualizacje oprogramowania Gioteck to dla każdego gamepada należy pobrać osobne narzędzie instalowane Windows. Procedura instalacji w każdym z urządzeń wygląda inaczej.
     
    Dopowiem tylko, że ochrona ekranu H9 spełnia swoje zadanie. Nakładanie, co prawa potrafi przysporzyć lekkiego stresu, ale gdy już uda się ogarnąć temat trudno do czegoś się przyczepić. Funkcje dotykowe wyświetlacza działają bez najmniejszego zarzutu. Mimo wszystko Switch to mobilne urządzenie i każde zabezpieczanie się przyda.
     
  2. Sirck

    Blogi ogólne
    Obudowa Zalman M2 Mini to rozwiązanie skierowane do użytkowników mających w planach montaż jak najbardziej kompaktowego PC bez konieczności rezygnacji z dedykowanej karty graficznej. Na bazie M2 można także przygotować NAS-a według własnej receptury. Przyjemność posiadania tej obudowy wyceniono na około 530 zł (sklep Morele pod koniec kwietnia). Przekonajmy się, co Zalman proponuje za tak pokaźny plik banknotów.
     
    Unboxing
    Zalman M2 mini to obudowa typu mini-ITX o wymiarach 235 x 150 x 328 mm. Waga pustej skrzynki wynosi ok. 3 kg. Odpowiedniej sztywności całej konstrukcji nadaje schowana w środku stalowa rama. Zewnątrz producent postawił na matowe, anodowane aluminium. Natomiast oba boczne panele to przezroczysty akryl. Niestety, jeśli nie będziemy odpowiednio uważni to szybko pojawią się na nich szpetne rysy. Akrylowe okna przykręcamy na odpowiednich dystansach. Powstała tak delikatna szpara na krawędzi, jak i odpowiednie wycięcia na panelach, mają zapewnić lepszą cyrkulację powietrza.

    Podzespoły w obudowie umieszczamy w układzie „sandwich” – GPU i płyta główna zwrócone są do siebie plecami. Z tego tytułu w środku M2 znajdziemy już zainstalowany PCIe riser. Warto mieć na uwadze, że nie obsługuje on trybu PCIe gen 4.

    Na przednim panelu obudowy umieszczono po jednym porcie USB 3.0 i USB-C. Do tego mamy jeszcze włącznik z delikatnym pooświetlaniem białą diodą. Czego natomiast zabrakło to wyjście słuchawkowe. Smuteczek. Finalnie pakiet akcesoriów obejmuje komplet śrubek, kilka jednorazowych opasek zaciskowych oraz gumowe podkładki pod obudowę.
     
    Montaż w M2 mini
    Co i jak można zamontować w M2? Po pierwsze wysokość chłodzenia CPU nie może przekraczać 60 mm. Oczywiście taka ilość miejsca wystarczy, aby zmieścić box-owe rozwiązanie Intela, AMD oraz konstrukcje marek trzecich zaprojektowanych z myślą o systemach mini-ITX.

    Natomiast długość karty graficznej nie może przekraczać 29.5 cm. Czego jednak producent nie podał to maksymalna wysokość GPU. Ten szczegół jest mimo wszystko bardzo istotny. Przykładowo GTX 1070 GamingX od MSI pasował idealnie. Między radiatorem GPU a akrylowym panelem było jeszcze mniej więcej 5 mm wolnej przestrzeni. Natomiast RTX 2060 Super z dużo większym radiatorem (próba z kartą Inno3D oraz KFA2) nie pozwalał już na założenie akrylowego panelu. Tym samym wybór karty graficznej do takiego setupu jest dość ograniczony – po stronie Nvidii zostają wybrani przedstawiciele serii 1000, kilka 1660-tek i pojedyncze modele z serii RTX.

    Jednocześnie polecam odkręcić riser od obudowy. W innym przypadku taśma biegnąca za kartą zostanie mocno wypchnięta do góry, blokując tak wentylator 80 mm służący do owiewania risera i boku GPU. Do tego przy przykręconym riserze nie da się uniknąć niepotrzebnego naprężenia na karcie, przez co m.in. nie spoczywa ona idealnie w gnieździe PCI. W efekcie tego po starcie sytemu zaliczyłem szereg problemów łącznie z zanikiem obrazu.

    M2 stawia oczywiście na zasilacze typu SFX. Chcąc zamontować PSU należy najpierw od ramy obudowy odkręcić odpowiedni stelaż. W ten sposób zastają jeszcze do omówienia dyski. Odpowiednią tackę na szynach na dwa nośniki typu 2.5” schowano pod obudową. Jej unieruchomienie wykonujemy przykręcając w środku obudowy szybko-skrętkę.
     
    Temperatury w obudowie M2 mini
    Do komputera powędrowały następujące podzespoły:
    Ryzen 5 3600 + box-owe chłodzenie AMD Płyta główna Gigabyte B450 Dwa moduły DDR4 Ichill 3600MHz Karta GTX 1070 Gaming X Zasilacz SFX NZXT S650 Każdy pomiar został wykonany po upływie 20-30 minut. Tym sposobem temperatury uzyskane w M2 mini prezentowały się w następujący sposób:
    Idle: CPU 43 stopnie, GPU 40 stopni, Gra: CPU 64 stopnie, GPU 69 stopni, Blender: CPU 87 stopni, GPU 40 stopni, Ogólnie temperatury w M2 mini wypadły dobrze. Niemniej ktoś zwrócił uwagę, że po dłużej sesji gamingowej czuć delikatny zapach gumy. No cóż, ciepły backplate GTX-a podgrzał risera, co pewnie skutkowało takim a nie innym efektem. Trudno mi powiedzieć czy z czasem to mija. Niemniej siedząc przy komputerze ja specjalnie nie zwróciłem uwagi na ten drobny zapachowy niuans.
     
    Podsumowanie
    Generalnie M2 mini pochwali się niewielkimi rozmiarami, zgrabną formą i ogólnie potrafi nacieszyć oko. Do tego konstrukcję wykonano solidnie a rozkręcenie całości na części pierwsze nie jest przesadnie trudne. Montaż PC nie zabiera dużo czasu, acz pamiętajcie tylko o odkręceniu risera podczas wkładania karty graficznej. Jednocześnie wykonajcie rozeznanie, jakich rozmiarów GPU posiadacie tudzież planujecie zakupić. Unikniecie tak niepotrzebnych kłopotów.

    Jeden minus M2-jka zgarnia za brak uchwytów na opaski zaciskowe. Dlatego w kwestii cable managment trzeba improwizować. Brak wyjścia słuchawkowego również nie przemilczę. Jednocześnie trzeba bardzo uważać na akrylowe panele po obu stronach obudowy. Łatwo łapią kurz, bo to w końcu tworzywo sztuczne, i każda nieuwaga – szczególnie podczas sprzątania – skończy się szpetnymi rysami.

    Czy Zalman M2 mini warta jest wydatku nieco ponad pięciuset złotych? To pytanie pozostawiam do indywidualnego rozstrzygnięcia. Od siebie mogę jeszcze napisać, że koreański producent zaskoczył pozytywnie opisaną powyżej konstrukcją. Mam nadzieję, że nie był to jednorazowy tzw. wypadek przy pracy a doczekamy się więcej tak śmiałych pomysłów.
  3. Sirck
    Zalman to koreański producent potrafiący jeszcze zaskoczyć ciekawymi rozwiązaniami. Czy stanie się to również w przypadku pakietu wentylatorów SF140A3 zobaczymy już za chwilę. W kwocie około dwustu sześćdziesięciu złotych producent oferuje trzy wentylatory o średnicy 140 mm oraz dodatkowy kontroler RGB kompatybilny z Razer Chroma. Biorąc pod uwagę ogólne ceny akcesoriów doposażonych w adresowalne podświetlanie wydaje się to całkiem dobry deal. Nie przedłużając przejdźmy do konkretów.
     
    Co znajdziemy w zestawie?
    W opakowaniu znajdziemy trzy wentylatory SF140, których to cechą charakterystyczną jest brak typowej ramki wokół wiatraka. Producent chwali się, że specyficznie wyglądające podwójne ramiona to nie pierwszy lepszy wymysł projektanta a opatentowane rozwiązanie mające dać wymierne korzyści. Dodatkowo efekt RGB umieszczono wyłącznie na ramionach od strony wewnętrznej oraz centralnym punkcie wentylatora. Każda 140-tka w kwestii podświetlania posiada wtyczki 3-pin 5V typu żeńskiego kompatybilne z większością płyt głównych oraz akcesoriów RGB autorstwa innych producentów.
     

    Do każdego wentylatora dorzucono cztery zwykłe śrubki, cztery kołki, przedłużkę PWM low-noise a do tego mamy jeszcze przedłużkę RGB 3-pin męski na VDG. Czego nie mogło zabraknąć to potrójny rozdzielnik PWM 4-pin. Przyda się, jeśli posiadana płyta główna nie rozpieszcza użytkownika pod kątem możliwości podpięcia większej ilości dodatkowych wentylatorów.
     

    Kolejnym punktem programu jest hub Z-Sync, służący wyłącznie do zarządzania podświetleniem. Warto podkreślić, że można go również nabyć osobno. Korpus urządzenia wykonano z plastiku. Do obudowy Z-Sync przytwierdzamy korzystając z dwóch jednorazowych przylepnych taśm. Niestety nie ma opcji magnesu, co niestety wskazuje na pewne kompromisy poczynione przez producenta. Moduł doposażono łącznie w siedem gniazd 3-pin RGB a aparaturę zasilamy przez wtyczkę SATA umieszczoną na dość długim przewodzie. Chcąc zarządzać kolorami Z-Sync należy podpiąć do gniazda USB 2.0 na płycie głównej.
     

    Moduł Z-Sync to prosta i wykonana solidnie konstrukcja. Natomiast wentylatory SF140 trzeba przyznać, że prezentują się dość nietypowo ale na szczęście ich montaż nie sprawia żadnych problemów. Przy bliższej inspekcji widać jednak, że drobne detale potrzebują jeszcze szlifu. Ogólnie, jeśli porównamy konstrukcję Zalmana z niektórymi wiodącymi (topowymi) markami na rynku to różnice będą widoczne gołym okiem.
     
    Deklarowane parametry wentylatora SF140
    *Wymiary: 140 x 140 x 26mm
    *Typ łożyska: FDB (Dynamiczne łożysko olejowe)
    *Prędkość: 800-1500 RPM +-10%
    *Deklarowana maksymalna głośność: 29dB +-10%
    *Maksymalny Przepływ Powietrza: 61 CFM
    *Maksymalne ciśnienie powietrza: 1.1mmH20
    *Napięcie: 12V DC
     
    Sprawdzian praktyczny
    Prędkość obrotową wentylatorów kontrolowałem z poziomu aplikacji CAM. Interesowały mnie wartości: 25, 50 oraz 100% RPM.
     

    Głośność jest większa niż deklaruje to producent acz pomiar został wykonany z odległości ok. 10 cm, więc można się było tego spodziewać. Mimo tego przy wartościach poniżej 50% swojego potencjału wentylatory SF140 zachowują dobrą kulturę pracy.
     

    Jak przystało na jednostki 140 mm reprezentują one dobre wartości, gdy idzie o sam przepływy powietrza. Nie będą one mieć najmniejszego problemu, aby przetłoczyć powietrze w bardzo dużej obudowie. Tym samym nasze trio nie ostaje od konkurencji w kwestii sprawności a czasem nawet potrafi dodatkowo pozytywnie zaskoczyć.
     

    Pozostaje jeszcze kwestia rozświetlenia obudowy. W tym celu należy pobrać dedykowany program z bardzo prostym panelem użytkownika. W zakładce „Option” sprawdzimy aktualnie posiadaną wersję softu. Natomiast „System information” pokaże wyłącznie, jaki posiadamy na pokładzie procesor, kartę grafiki oraz ich temperatury. Niestety wykresy te nie są najczytelniejsze i pewnie gdy idzie o monitoring ostatecznie sięgniemy po inne rozwiązanie – np. darmowy HWMonitor. Finalnie w sekcji „Home” zmieniamy ustawienia podświetlania. Uzyskany efekt na wentylatorach wypada natomiast całkiem dobrze. RGB jest odpowiednio jasne a kolory żywe. Gwiaździsty układ diod odróżnia propozycję Zalman na tle konkurencji.
     
    Werdykt
    Trzy duże wentylatory z kontrolerem RGB w cenie około 260 PLN wydają się okazją. Wszakże podobny kontroler u konkurencji potrafi kosztować połowę tej kwoty a przecież dostajemy jeszcze 140-to milimetrowe wentylatory o uczciwych parametrach. Okazja ta posiada jednak pewne „ale”, na które trzeba zwrócić uwagę podczas zakupów. Drobne detale mogą odstraszyć „tanim” tworzywem, gdy idzie o walor estetyczny. W tym miejscu Zalman bliżej do poziomu budżetowego SilentiumPC aniżeli do marki premium kalibru Noctua. Gdzie trio SF140 broni się to możliwości skutecznego przepchania przez obudowę powietrza, przy zachowaniu należytej kultury pracy. Dla osób składających zestaw bardziej w kategorii budget-oriented a chcących dać swojemu PC-etowi ciekawy efekt wizualny pakiet Zalman SF140A3 może okazać się opcją wartą rozważenia.
  4. Sirck

    Blogi ogólne
    Ray Tracing, a więc sławetne śledzenie promieni, oraz DLSS to w ostatnich miesiącach najsilniej promowane rozwiązania Nvidii dostępne w serii kart RTX 2000 i 3000. Jak topowe układy z stajni Zielonych zachowują się w najnowszych grach i aplikacjach wszyscy wiedzą. Na tym polu układom Ampere trudno coś zarzucić. A jak sprawa wygląda w kwestii tańszych GPU? Chcąc się przekonać, czy najnowsze graficzne wodotryski są dostępne także dla mniej majętnych entuzjastów, sięgnę po układ RTX 3070 wykonaniu Inno3D w wersji Ichill X3.
     
    Ichill X3 pod lupą
    Nie przedłużając przejdźmy do konkretów. Nim jednak skupimy się na wynikach pomiarów klatek na sekundę chwilę przyjrzyjmy się samej karcie. Z głównych cech należy wymienić 8GB pamięci typu GDDR6. Za zasilanie odpowiadają dwie wtyczki 8-pin, co przy układzie tej klasy jest absolutnym standardem. Na śledziu znajdziemy odpowiednio port HDMI 2.1 oraz trzy DisplayPort 1.4a. Długość karty wynosi 30 cm. Za chłodzenie odpowiadają trzy wentylatory chronione przez metalową zabudowę, pod którą schowano sporej wielkości aluminiowy radiator wzbogacony o przewody heat-pipe.
     

    Wzorem mocniejszych braci z stajni Inno3D i tym razem nie poskąpiono pełnej palety kolorów. Podświetlanie RGB można synchronizować z płytą główną za pomocą dołączonych w zestawie przewodów, które należy podpiąć do odpowiedniego gniazda. Do tego opcjonalnie dostajemy dwa kawałki przezroczystego tworzywa. Samodzielnie przykręcone na końcu karty ma za zadanie wzmocnić efekt podświetlania układu.
     
    Platforma testowa
    Procesor: i5-10600K (bazowy zegar) Płyta główna: NZXT N7 Z490 Pamięci: iChill DDR4 16GB 3600MHz CL17 Zasilacz: NZXT C850 Monitor: AOC U3277FWQ  
    RTX 3070 vs. ray tracing
    Krążą słuchy, że Cyberpunk 2077 to pokaz najbardziej udanej „implementacji” DLSS oraz śledzenia promieni. Poniższy test wykonałem jeszcze w grudniu na wersji gry 1.04 i sterownikach Nvidii 460.79. Pomiary realizowałem w centrum miasta poruszając się na piechotę.
     

    Deep Learning Supersampling przeszedł długą drogę od chwili jego zaprezentowania wraz z pierwszymi kartami Turing. Powyższy wykres pokazuje uśredniony fps oraz wartość 1% low w pełnej rozdzielczości oraz wariant z włączonym DLSS, który jak widać pozwala ograć grę Redów w 4K. Przy tym standardzie koniecznym jest jednak obniżenie detali, jeśli chcemy przebić barierę sześćdziesięciu klatek. Jednocześnie w przypadku 1080p DLSS nie robi już tak znaczącej różnicy.
     

    Ten wykres uwzględnia Ray Tracing wspomagany przez DLSS. Jeśli odpalimy wszystkie dostępne graficzne wodotryski to RTX 3070 stanowczo traci oddech w standardzie 4K, nawet z włączonym Deep Learning Supersampling. Cyberpunk zainkasował niemal całą dostępną pamięć układu graficznego. W rozdzielczości 1440p wcale niebyło lepiej i tu także gra wykazała spory apetyty na zasoby hardware. Dopiero w rozdzielczości 1080p możemy mówić o w pełni komfortowej rozgrywce, jeśli marzy się Wam wszystko na "Ultra".
     

    Na dokładkę jeszcze jeden tytuł wykorzystujący DLSS oraz śledzenie promieni. Jak w Control 3070-tka wypada na tle innych kart Nvidii? Jak na dłoni widać dość znaczącą przepaść względem 3080-tki. Natomiast w odniesieniu do RTX 2080 Super odnotowujemy pewien skok w średniej ilości klatek, ale przewaga Ampere nad Pascalem maleje wraz z podbiciem rozdzielczości.
     

    Na koniec tej części porównanie trójki kart w technologicznym demie bazującym na klasyku Quake II. Jest to „czysty” ray tracing bez wspomagacza klatek w postaci DLSS. Ponownie RTX 3080 stanowi zupełnie osobną ligę.
     
    Undervolting, czyli więcej za mniej
    W przypadku 3080-tki i topowej 3090-tki obniżenie napięcia rdzenia z odpowiednim dostosowaniem zegarów czyni cuda w kwestii temperatur, poboru prądu oraz ilości wyświetlanych klatek. Podobny zabieg wypróbowałem na RTX 3070 iChill X3. Podczas wcześniejszych testów pobór energii platformy oscylował na poziomie 310-350W. Jednocześnie karta nie utrzymała stałego zegara rdzenia. Wartości skakały od 1890 do 1995MHz. W aplikacji MSI Afterburner finalnie wypracowałem stabilny zegar boost 2020MHz przy 950mV.
     

    Test ponowiłem w rozdzielczości 2160p celem uniknięcia wąskiego gardła po stronie procesora. W Far Cry 5 otrzymałem cztery fps więcej średniego klatkażu oraz okrągłe 28% przyrostu fps dla wartości 1% low. Natomiast w Shadow of the Tomb Raider zabieg dał średnio trzy klatki ekstra po stronie średniego i 1%low fps. Niemniej wcześniej biegając Larą po dżungli w rozdzielczości 4K odnotowałem 345W poboru prądu przez cały zestaw. Stosując undervolting zszedłem poniżej 290W. Do tego karta trzymała niżą temperaturę w zakresie 63-65 stopni a głośność iChill X3 spadła poniżej 35dB.
     
    Ray tracing vs. rasteryzacja
    Po premierze serii RTX 2000 śledzenie promieni wywoływało sporo kontrowersji. Turingi znacząco podniosły cenę względem poprzedników oferując w zamian bolączki produktu wieku dziecięcego oraz umiarkowany skok wydajności na polu klasycznej rasteryzacji w porównaniu do Pascali. Nieważne jak na to spojrzeć, obecna generacja Ampere to znaczący wzrost możliwości kart, co widać głównie na przykładzie RTX 3080, kierowanego do entuzjastów i nie tylko.
     

    Na polu śledzenia promieni dla RTX 3070 znaczące są nie tylko „cięcia” w architekturze układu GA104, ale i dostępna pamięć karty. Ważniejszą kartą przetargową Nvidii dla konsumenta w tym wypadku będzie DLSS. Przykładowo dla rozdzielczości 4K optymalne ustawienia Cyberpunk 2077 na platformie testowej to średnio-wysoki poziom detali, poczwórne próbkowanie filtrowania anizotropowego i zbalansowany DLSS. Bez ray tracing'u udało się uzyskać średnio osiemdziesiąt klatek i wartość 1% low 63 fps, przy frame time w okolicach ~15 ms. Rzecz jasna mniej wymagające pozycje pokroju Call of Duty pozwalają na ray tracing i jednoczesne dobicie do 100 i więcej klatek. Podobnie będzie zresztą w Battlefield V, ale w grach stawiających na szybką rozgrywkę takie smaczki pewnie będą unikać uwadze.
     
    Słowem podsumowania
    RTX 3070 iChill X3 to całkiem udana konstrukcja. Dodatkowo undervolting potrafi sprawić dodatkowy uśmiech na twarzy a bardziej obeznani majsterkowicze mogą nawet pierwszego dnia wymienić pastę termoprzewodzącą, co jeszcze obniży temperatury i hałas. Inno3D to bodajże jedyny producent pozwalający na taki zabieg bez utraty gwarancji. Jednocześnie względem kart Radeon produkty Nvidii mają pewne atuty warte wspomnienia. Encoder NVENC dla osób parających się streaming'iem wciąż oferuje więcej aniżeli alternatywa w układach AMD. Jest jeszcze softwareowa funkcja Reflex, mająca na celu redukcję opóźnień w grach sieciowych, m.in. poprzez optymalizację komunikacji między GPU a CPU. Lista wpieranych pozycji nie jest pokaźna: Valorant, Destiny 2, Apex Legend, CoD Black Ops i Warzone to chyba najbardziej rozpoznawalne oraz popularne spośród całości. Niemniej refleks wspierany jest aż do generacji GTX 900. Miło, że Zieloni wciąż świadczą wparcie dla swoich starszych układów graficznych.
     

    Na koniec akceleracja GPU w przypadku wymagających programów do obróbki wideo lub grafiki 3D także przemawia na korzyść kart RTX. Z mocy przerobowych kart Geforce korzystają aplikacje pokroju Blender czy Adobe Premier. Oczywiście, jeśli macie w zamyśle w pełni profesjonalną stację roboczą zmajstrowaną w konkretnym celu to dodatkowa moc przerobowa (i pamięć) RTX 3080 i 3090 będzie bardziej wskazana. 3070-tka to rozwiązanie wskazane do komputerów, gdzie gaming i praca idą w parze a budżet jest wyraźnie ograniczony.
     
    RTX 3070 nie jest układem topowym a więc trzeba mieć świadomość, że natywne 4K i ray tracing w pełni swojej chwały niebyły tym, co przyświecało inżynierom podczas projektowania tej karty. Mimo tego spora część starszych gier oraz świetnie zoptymalizowanych nowinek pozwala na komfortową zabawę w 4K, co warto mieć na uwadze. Trudno powiedzieć jak często będziemy widywać DLSS. Nie jest to funkcja dostępna w każdej grze a gdyby tak było to mogłaby bardziej namieszać w rywalizacji kart graficznych. Finalnie patrząc na możliwości tego układu można polecić go właścicielom paneli 1440p o wyższych wartościach odświeżania. Inno3D RTX 3070 iChill X3 przemówi do wyobraźni wszystkim tych, którzy chcą zaliczyć przesiadkę z obu wariantów RTX 2070 oraz RX 5700 a także kart zajmujących niższą pozycję w hierarchii.
     
    Inno3D RTX 3070 iChill X3 pierwotnie na swoją premierę wyceniony został na około 2800 złotych. Dziś dostępność tych układów, jak również pozostałych przedstawicieli rodziny Ampere, jest praktycznie żadna i dotyczy to wszystkich producentów. Jeśli gdzieś trafią się pojedyncze sztuki trzeba być gotowym na wyłożenie dużo większej sumy aniżeli pierwotnie proponowane ceny Nvidii. Miejscami kwoty sięgają nawet czterech tysięcy złotych i takich pieniędzy układ ten nie jest wart w zestawieniu z jego możliwościami. W drugiej połowie roku sytuacja na rynku GPU powinna powoli wróci do normalności i dopiero wtenczas można myśleć o przesiadce. Nie pozostaje nic innego jak trzymać kciuki za rychły krach na rynku kryptowalut.
  5. Sirck
    Desk 5 Pro to podręczny skaner z funkcją kamerki internetowej. Urządzenie oferowane jest w dwóch wersjach: „Pro” i zwykłej. Różnią się one nie tylko pewnym dodatkiem w pudełku, ale i ogólnymi parametrami. Zdaniem producenta sprzętu ma znacząco ułatwić pracę w biurach i wszędzie tam, gdzie obraca się dużymi ilościami dokumentów. Do ogólnej puli zastosowań ostatnio dodano również nauczanie zdalne. Dla nauczycieli Desk 5 ma okazać się instrumentem ułatwiającym prowadzenie zdanych lekcji.
     
    Desk 5 Pro pod lupą
    W pakiecie zasadniczo nie znajdziemy oszałamiającej ilości części. Użytkownik otrzymuje: skaner, przewodowy pilot, podkładkę i skróconą instrukcję na papierze. Konieczne do uruchomienia oprogramowanie ściągamy z oficjalnej strony, po przejściu procesu rejestracji produktu.
     
    Skaner waży niespełna 800 g. Wykonano go z metalu oraz tworzywa sztucznego. Przypomina on składaną lampkę biurową. Jego wymiary, gdy jest złożony to odpowiednio: 375 x 85 x 75 mm. Natomiast, gdy go rozłożymy wartość 75 mm wzrasta do 270 mm. Od strony spasowania elementów, ogólnej jakości, estetyki itd. nie mogę mieć zastrzeżeń. Na tym polu firma Iris robi dobrą robotę. Pod rozkładanym ramieniem znajdziemy „obiektyw” skanera oraz cztery diody LED. Uruchamiamy je dotykowym przyciskiem na końcu ramienia – w miejscu ikony lampki. Do dyspozycji mamy trzy poziomy jasności.

    Sprzęt podpinamy do PC za pośrednictwem portu USB 2.0. Służy on także do zasilania aparatury. Wersja Pro oferuje dodatkowo przewodowy pilot z jednym guzikiem służącym do wykonywania skanowania. W podstawowej wersji musimy w aplikacji korzystać z przycisku „Scan”. W Pro zastosowano sensor CMOS o rozdzielczości 12 Mpix i autofocusem. Maksymalna rozdzielczość skanowania wynosi 4032 x 3024 px a rozdzielczość wyjściowa to 300 dpi. Pod skaner mogą powędrować formaty A3, A4 i mniejsze. W wersji nie-Pro musimy zadowolić się maksymalnie formatem A4 i sensorem 8 Mpix (fixed focus) i rozdzielczością 3264 x 2448 px.
     
    Użytkowanie
    Podstawkę skanera stawiamy w wyznaczonym do tego polu na dołączonej podkładce. Niestety dla interface aplikacji nie przewidziano wersji polskiej. Aplikacja nie jest specjalnie skomplikowana. Począwszy od lewej mamy osobne zakładki do skanowania dokumentów, książek, kodów kreskowych, dokumentów oraz miejsce nagrywania wideo. W mojej ocenie najbardziej przydatne będę dwie pierwsze natomiast resztę traktuję, jako ciekawostkę. Z lewej, nieco niżej zobaczymy podręczne menu skanowanych plików, jeśli wybierzemy opcję dokumentu wielostronicowego. Poszczególne strony można obracać, przybliżać i dodawać swój znak wodny w postaci zwykłego tekstu. Po przeciwnej stronie mamy natomiast listę gotowych plików. Jeśli wybierzemy skanowanie pojedynczych stron będą one od razu pokazywać się w tym miejscu. Tutaj też określamy katalog docelowy.

    Nieco wyżej znajdziemy dwie ikony globusa i zębatki. Pierwsza służy do zmiany języka programu. Nie przewidziano polskiego, co niektórych może odstraszyć od zakupu. Obok natomiast mamy proste menu konfiguracji, gdzie zasadniczo określamy stopień kompresji gotowych grafik. Skaner podczas pracy pozwala na własnoręczne lub automatyczne przycinanie dokumentów. Skanujemy pojedyncze strony lub wielostronicowe dokumenty a przerwy między poszczególnymi ujęciami mogą wynosić 5 do 7 sekund, albo sami przyciskamy zwalniacz. Dokumenty konwertujemy do formatu: JPG, PDF, Excel, Text i Word. Na koniec pozostaje jeszcze określenie nazwy pliku i przypisanie numeracji na postawie daty lub kolejności. W zakładce skanowania książki różnica polega na konwersji do EPUG (format eBook) z wyłączeniem txt, Word i Excel. Po środku pokazuje się również stosowna przedziałka dla stron. Program również świetnie radzi sobie z usuwaniem palców trzymających strony podczas skanowania książek.

    Jakie korzyści niesie Desk 5 dla nauczycieli? Firma Iris deklaruje kompatybilność swojego oprogramowania z najpopularniejszymi platformami do wideo-konferencji: Zoom, Skype, Google Meet. Korzystając z funkcji picture in picture uczniowie widzą swojego mentora oraz materiały pomocnicze w tym samym czasie. Możliwości sprzętu mogą przydać się do pracy z choćby złożonymi wykresami – słowem tym, co zawsze wędrowało na tablicę dla lepszego omówienia i zrozumienia. Można także w ten sposób prezentować fragmenty książek, dokumentów lub grafiki. Do tego istnieje możliwość nagrania całej lekcji, więc powrót do przedstawionych materiałów nie powinien stanowić większego problemu. W skrócie używając Desk 5 Pro do wizualizacji, nauczyciel może pisać i wyświetlać natychmiast na swoim wspólnym ekranie z uczniami.
     
    Podsumowanie
    Jak sprzęt sprawdza się w praktyce? Pod skaner powędrował kolorowy magazyn, książka, dokumenty na papierze A4 oraz szkice wykonane ołówkiem. Jeśli idzie o skanowanie zwykłego tekstu nie mam nic do zarzucenia. Wykonane skany w jakości 8MP i 2MP prezentowały się naprawdę dobrze. Jednocześnie dość dobrze wychodziła konwersja do gotowego dokumentu Word, gdzie możemy od razu przejść do edycji pliku. W każdym przeprowadzonym scenariuszu rozpoznawanie czcionki działało, ale zdarzają się błędy w postaci ciągu znaków niemających większego sensu. Wygląda to identycznie w przypadku języka polskiego i angielskiego.

    Przykład skanu strony z magazynu Newsweek.
    Jeśli chcecie skanować czasopisma, gdzie obok tekstu występuje spora ilość ilustracji, sprawy nieco się komplikują. Tutaj polecam zostać przy bazowym formacie JPG lub PDF, ponieważ inne rozwiązania przysparzają wyłącznie bólu głowy. Dokument skanowany w kolorze nie zachowuje oryginalnej kolorystyki. Wyglądają jakby były potraktowany zbyt wysokim poziomem saturacji. Jednocześnie, skanując w dużej rozdzielczości nie ma, co liczyć na uzyskanie drobiazgowych detali, choćby w przypadku rysunków artystycznych. Dlatego polecam zmniejszyć rozdzielczość, aby pliki ważyły jak najmniej.

    Zwróciłem też uwagę na kwestię samego samego oprogramowania. Niezależnie, w którym trybie pracujemy zeskanowana strona w podręcznym menu pojawi się dopiero, gdy zeskanujemy następną. Wydaje się, że aplikacja jest zawsze o krok za użytkownikiem. Jednocześnie, gdy ostatni raz testowałem Desk 5 Pro autorski program Iris występował wyłącznie w języku angielskim. Dla sporej części użytkowników, szczególnie starszych, ograniczenie tego typu może okazać się nie do przeskoczenia. Niemniej większość powierzonych zadań skaner Desk 5 wykonuje sprawnie i ma szansę znaleźć zastosowanie w przestrzeni szkolnej lub akademickiej. Szczególnie w okresie trwania pandemii.
    Na sam koniec przejdźmy do ceny. Desk 5 Pro to wydatek ok. 1500 zł. Zwykła wersja bez „Pro” to odpowiednio koszt 1000 zł. Jak na dość niszowy produkt cena wydaje się dość wysoka (jak na polskie warunki płacowe w sektorze edukacji). Tym samym każdy nauczyciel dobrze się zastanowi zanim zakupi ten dosyć drogi, choć praktyczny i ułatwiający pracę skaner.
     
  6. Sirck

    Blogi ogólne
    W kwestii nowych konstrukcji służących do chłodzenia CPU ostatnie miesiące nie rozczarowały. Niemal każdy wiodący producent zaprezentował coś nowego. Z tego trendu nie mógł również zrezygnować koreański Zalman. Jego ofertę wzbogacają trzy tradycyjne coolery wykorzystujące powietrze do opanowania temperatur CPU. Są to kolejno: CNPS20X, CNPS17X oraz CNPS16X. Dwa pierwsze nie grzeszą kompaktowymi rozmiarami. Natomiast dla właścicieli mniejszych obudów CNPS16X okaże się bardziej zasadnym rozwiązaniem. Sprawdźmy, co dokładnie oferuje każde chłodzenie, co wyszło producentowi a co wymaga jeszcze poprawki?
     
    Pierwsze spotkanie
    Na początek wypada powiedzieć trochę wykonaniu wszystkich trzech produktów. CNPS17X to pokaźnych rozmiarów radiator doposażony w komplet akcesoriów. Jego wymiary wynoszą 140mm x 160mm x 100mm a waga nie przekracza 700g. Jeszcze większe jest chłodzenie CNPS20X – konstrukcja dwuwieżowa z dwoma wentylatorami. Jego wymiary to 140 x 165 x 142mm (bez wentylatorów). Długość oczywiście ulegnie zwiększeniu, gdy na zewnętrznej stronie radiatora zamontujemy wentylator.

    Zalman CNPS17X
     
    Obie konstrukcje wykonano z miedzi i aluminium. Projektanci zwracają uwagę na falisty kształt żeber. Ma to przełożyć się na o piętnaście procent większą powierzchnię rozpraszania ciepła w stosunku do „klasycznych” konstrukcji. Całość uzupełnia pięć dla mniejszego i sześć ciepłowodów dla większego chłodzenia, przechodzących przez elegancko wypolerowaną, niklowaną podstawę. Cechą wspólną obu konstrukcji są także bezramkowe wentylatory 140 mm.

    Zalman CNPS20X
     
    Natomiast CNPS16X to cooler z jedną wieżą, przez którą przechodzą cztery przewody heat-pipe. Wymiary wynoszą 140 x 165 x 100 mm a waga oscyluje w granicach 880 g. Szesnastka została doposażona w dwa wentylatory LF120, osłonięte przez plastikową zabudowę chroniącą żebra chłodzenia. Zabezpieczenie całości następuje poprzez nałożenie na górę wieka montowanego na zatrzaski. Podświetlanie RGB umieszczono na górze chłodzenia oraz ringach wentylatorów.

    Zalman CNPS16X
     
    Z całej trójki wizualnie najsłabiej niestety wypada CNPS16X. Z odległości prezentuje się ok, ale po chwyceniu w rękę plastikowa obudowa odstaje jakością od oferty konkurencji w postaci Cooler Master tudzież Be Quiet! Warto o tym pamiętać, bowiem chłodzenie wyceniono na ok. 270 zł, co stawia produkt w opozycji do wspomnianych marek.
     
    Parametry i montaż
    Większość akcesoriów jest identyczna dla wszystkich przedstawionych coolerów. W pudełkach znajdziemy potrzebne komponenty do montażu na podstawce LGA2066, 2011-V3, 2011 i 115X. Dla AMD Koreańczycy uwzględnili AM4 oraz już nieco przedpotopowe AM3. Każdy pakiet posiada zapas pasty ZM-STC8.

    Zalman CNPS17X
     
    Założenie coolerów zasadniczo nie sprawia większych problemów. Są jednak pewne kwestie konieczne wypunktowania. Na chwilę można zatrzymać się przy montażu wentylatorów CNPS16X. Jeden działa w trybie „na wstecznym”. Dlatego chcąc zapewnić należyty przepływ powietrza w obudowie warto na to zwrócić uwagę. Odpowiedni kierunek orientacji mają sygnalizować wypustki na łopatkach wentylatorów, ale instrukcja nie tłumaczy tego w sposób oczywisty. Gdy CNPS16X powędruje już na procesor należy jeszcze skontrolować, czy nie koliduje z modułami RAM, radiatorami na sekcji zasilania lub zabudową portów płyty głównej. W moim przypadku na Gigabyte Z390 Gaming X nie było większych problemów.

    Akcesoria do Zalman CNPS16X
     
    Montaż CNPS17X nie jest specjalnie trudny. Mówimy o zabawie na dziesięć, góra piętnaście minut. CNPS17X nie koliduje także z modułami RAM w przeciwieństwie do swojego większego brata CNPS20X. W jego przypadku wysokie radiatory RAM-u, przyozdobione przez RGB, odpadają w zupełności. Niezależnie czy sięgniecie po 17-tkę czy 20-tkę warto zaopatrzyć się w długi śrubokręt. Producent nie dostarcza żadnych narzędzi w zestawie a taki będzie konieczny do przykręcenia całego radiatora na swoim miejscu. I bądźcie bardzo ostrożni montując bezramkowe wentylatory. Proces ten wymaga cierpliwości i wyczucia, bo łatwo połamać kluczowe elementy.

    Zalman CNPS20X
     
    Adresowalne RGB realizujemy za sprawą końcówek typu 3-pin. Model 16-cie i 20 zostały doposażone w większy pakiet przewodów i przejściówek niż 17-tka. W moim przypadku, aby rozświetlić każde chłodzenie, musiałem skorzystać z modułu Z-Sync autorstwa Zalman. Zasilanie czerpie z wtyczki SATA, plus należy podłączyć go do płyty głównej w miejsce wtyczki USB 2.0. Jego obecność wymusił brak kompatybilności mojej płyty głównej z standardem końcówek RGB całej trójki coolerów.
     
    Platforma testowa
    Procesor: Intel i7-8700 Płyta główna: Gigabyte Z390 Gaming X Karta graficzna: MSI GTX 1050 Ti Pamięć RAM: G.Skill Ripjaws V DDR4-2400 16GB Dysk: Plextor M8Se 512GB NvMe Zasilacz: Cooler Master V650  
    Testy
    Cała trójka wykazuje spory potencjał. W spoczynku temperatury procesora oscylują w granicach 28 stopni Celsjusza. Przy typowych zadaniach wartości mieszczą się między 33 a 40°C. Maksymalna temperatura na wykresach została osiągnięta w benchmarku Blender, gdzie procesor i7 działał pod pełnym obciążeniem powyżej dwudziestu minut.

    W spoczynku chłodzenia są bardzo ciche – poniżej 30dB. Natomiast pod obciążeniem najlepiej wypada CNPS17X, choć 40dB nie jest wartością małą. W już bardziej przyziemnych zadaniach jest dużo lepiej. Przykładowo w grze Shadow of the Tomb Raider głośność komputera mieściła się w granicach 36dB, co należy już uznać za bardzo dobry wynik.

     
    Podsumowanie
    O walorach estetycznych całej trójki dyskutować nie będę. Każdy ma swój gust i przedstawione wzornictwo na pewno znajdzie zainteresowanie. Ja osobiście preferuję jednak rozwiązania bez RGB. Dlatego mam nadzieję na pojawienie się takiej opcji. Jednocześnie życzyłbym sobie nieco inaczej wykonane wentylatory w przypadku 17-tki i 20-tki oraz lekkiego liftingu obudowy 16-tki.
     
    Natomiast pod kątem chłodzenia trio Zalmana wypadło na duży plus. Użyty w tym teście procesor i7-8700 nie stanowił większego wyzwania dla nich, nawet przy maksymalnym obciążeniu. Wystarczy pobawić się w BIOS/UEFI lub z poziomu Windows odpowiednimi parametrami, aby znaleźć własny złoty środek między temperaturą a głośnością. A jak Wam podobają się konstrukcje Zalmana? Mają szansę powalczyć o serca i portfele komputerowych wyjadaczy?
     
  7. Sirck
    W mijającym już roku swoją premierę miały urządzenia o nazwie Lockerstor. Jest to seria dysków sieciowych (NAS) autorstwa firmy Asustor. Zaraz po ciepło przyjętych Nimbustor-ach to kolejna linia urządzeń, którą skierowano do szerokiego odbiorcy biznesowego jak i domowego. Na przykładzie modelu AS6602T, wyposażonego w dwie kieszenie na dyski twarde, przyjrzę się co oferuje nowego użytkownikom. Ofertę uzupełnia jeszcze NAS AS6604T posiadający cztery kieszenie, o którym wspomnę od czasu do czasu. W dużej mierze są to tak identyczne produkty, że różnice między dwukieszeniowym i czterokieszeniowym mają charakter zasadniczo kosmetyczny.
     
    Słów kilka o sprawach technicznych
    Każdy konsument produkt zjada najpierw oczami. Dlatego zacznijmy od tego, co widać na pierwszy rzut oka. Front NAS-a wykonano z tworzywa sztucznego. Natomiast aluminiowa obudowa skrywa metalowy szkielet. Główną cechą serii Lockerstor jest minimalizm w przeciwieństwie do nieco bardziej odważnych stylistycznie Nimbustorów. Na przodzie urządzenia znajdziemy włącznik, przycisk do szybkiej kopii zapasowej oraz diody sygnalizujące stan urządzenia. Do tego na froncie mamy USB 3.2 Gen 1 oraz dwa identyczne porty z tyłu. Nie poskąpiono wyjścia HDMI 2.0a i podwójnego gniazda 2.5 Gigabit Ethernet.

    Do wysuwanych kieszeni montujemy dyski HDD lub SSD, co żadną niespodzianką nie jest. Natomiast pod aluminiową obudową korpusu ukryto dwa gniazda typu M.2 2280 obsługujące standard NvMe oraz SATA. Chcąc do nich dojść należy odkręcić wcześniej trzy śrubki z tyłu NAS-a celem zdjęcia całej pokrywy. Tak zamontowany dysk SSD używamy w formie bufora danych dla odczytu i zapisu danych. Na swój sposób przypomina to rozwiązanie Intel Optane znane z komputerów stacjonarnych.

    AS6602T posiada 4GB pamięci DDR4 2400MHz. Do tego mamy jeszcze jedno wolne gniazdo na moduł RAM, dzięki czemu ogólną pamięć można rozbudować do maksymalnie 8GB. Na co dzień taka ilość jest raczej zbędna. Jeśli jednak interesuje Was choćby wirtualizacja to warto tematem się już zainteresować. Na pokładzie mamy jeszcze pamięć flash eMMC o objętości 8GB. Wszystkim zarządza odświeżona czterordzeniowa jednostka Celeron J4125. Co tu dużo mówić, zasadniczo każdy parametr dwukieszeniowego Nimbustor 2 jego następca Lockerstor 2 podwoił – także liczbę rdzeni procesora.
     
    Użytkowanie i możliwości sprzętu
    AS6602T to bez wątpienia sprzęt skierowany do segmentu biznesowego. Powinien jednak z powodzeniem znaleźć zastosowanie także w zaciszu domowym. Jest także duża szansa, że zainteresują się nim różnoracy twórcy treści od youtuberów po wszelkiej maści grafików. Mimo wszystko w wielu branżach coraz częściej pracujemy na kilku urządzeniach jednocześnie, dlatego potrzeba spójnego archiwum pewnie szybko pojawi się na horyzoncie.

    Jedyna znacząca różnica względem większego AS6604T to mniejsza ilość kieszeni. W konsekwencji otrzymujemy wyłącznie obsługę RAID0 oraz 1, ale podejrzewam, że 90% użytkowników nie robi to większej różnicy. Jeśli skupić się na specyfikacji to AS6602T wypada niczym pomniejszony Nimbustor 4 AS5304T, który znowuż w dniu swojej premiery wywarł na mnie dobre wrażenie. Choć co prawda starszy Nimbustor zaoferuje więcej opcji RAID, tak dziś cena zakupu niższa o dwieście lub trzysta złotych i mniejszy gabaryt urządzenia mogą przemówić na korzyść Lockerstor’a.
     
    Chcąc skorzystać z stuprocentowego potencjału urządzenia Lockerstor, jak i zresztą wcześniejszych Nimbustor-ów, wypada posiadać w komputerze kartę sieciową 2.5 Gigabit. Na ten przykład obecna jest w nowych płytach głównych B550 AMD oraz Z490 Intela. Do tego nie zapominajmy o odpowiednim routerze a przy takiej konfiguracji poczujemy różnicę dopiero inwestując w nośniki SSD. Dwa gniazda 2.5 Gigabit na pokładzie AS6602T, wykorzystywane w formie agregacji łącza, docenimy jeszcze w przestrzeni biurowej. Mówimy o scenariuszu, gdy do urządzenia będzie mieć dostęp kilku do kilkunastu użytkowników jednocześnie. W tym czasie NAS może pełnić jeszcze rolę narzędzia do wirtualizacji, monitoringu tudzież odtwarzania lub zapisywania multimediów. Nieźle jak na tak małą skrzynkę.

    Czym byłby NAS bez odpowiedniego oprogramowania? Nowa wersja systemu ADM wnosi kilka estetycznych zmian. Ponadto w porównaniu do wcześniejszych wersji wielkiej rewolucji nie zauważymy. Jest to wciąż ten sam system uzupełniany o dodatkowe funkcjonalności z darmowej usługi App Central. Ogólnie Lockerstor 2 obsługuje kopie zapasowe MyArchive, migawki (Snapshot Center), wszelkiej maści lokalne synchronizacje danych, pełną obsługę iSCSI / IP-SAN i NFS oraz narzędzia do wirtualizacji. Do tego mamy szereg zabezpieczeń, począwszy od wbudowanej zapory ogniowej, serwera VPN, dedykowanego antywirusa, a kończąc na szyfrowaniu danych kluczem AES-256. Jednym słowem wydaje się, że słowem kluczem w tym wypadku jest „bezpieczeństwo”.

    Dla bardziej przyziemnych zastosowań nie mogło zabraknąć pełnego asortymentu funkcji multimedialnych do przechowywania i udostępniania zdjęć, muzyki i filmów. W prosty sposób możemy streamować na nasz telefon lub telewizor treści multimedialne. To trochę tak, jakby posiadać własnego Netflixa lub Spotyfi, gdzie to my decydujemy o całej zawartości usługi. Jedyną nowinką na polu software, jaka przykuła moją uwagę, to rozpoczęta niedawno współpraca z Adobe. Dzięki temu NAS-y posiadają pełną kompatybilność z Adobe Creative Cloud pod kątem przechowywania, zabezpieczenia i udostępniania projektów graficznych. Bez dwóch zdań jest to funkcja, którą zainteresują się profesjonaliści szukający elastycznych narzędzi pracy. Nie mniej funkcja będzie również dostępna dla wcześniejszych urządzeń Asustor.
     
    Trudne wybory
    Lockerstor 2 to nic innego jak ewolucja formuły zaprezentowanej przez Nimbustory. Wcześniejsze urządzenia były już na tyle dopracowane, że trudno, aby Asustor wprowadził jakąś nowinkę iście zwalającą z nóg. Niemniej z dwóch nowych urządzeń to właśnie "Dwójka" wypada najciekawiej, co oczywiście przełożyło się na odpowiednią wyższą cenę. Lockerstor 2 AS6602T znajdziemy już w kwocie 2150 zł, co w porównaniu do niewiele starszego Nimbustor 2 AS5202T wycenionego na ok. 1600 zł wygląda całkiem ciekawie. Dopłata w postaci pięciuset złotych daje użytkownikowi dwa dodatkowe rdzenie CPU, raz tyle pamięci RAM i porty SSD M.2. Sami musicie zdecydować czy to „tylko” czy „aż” tyle porównując dwie generacje.
  8. Sirck
    Zalman CNPS20X to zawodnik mający poradzić sobie z procesorami o TDP wynoszącym nawet 300W. 1300g aluminium i miedzi, wparte dwoma wentylatorami 140mm, napawa optymizmem. Całość wyceniono na 389 zł. Chłodzenie CNPS20X to konstrukcja dwu-wieżowa. Jej wymiary wynoszą odpowiednio: 140 x 165 x 142mm (bez wentylatorów). W pakiecie znajdziemy dwa wiatraki SF140 z podświetlaniem RGB o bezramkowej konstrukcji. Każdy wentylator posiada dwa długie przewody – PWN oraz RGB 3-pin. Niestety końcówka odpowiedzialna za rozświetlenie chłodzenia nie była kompatybilna z używanymi w testach płytami NZXT oraz Gigabyte.

    CNPS20X pasuje na podstawki AMD AM4/AM3 oraz Intela LGA2066/2011-V3/2011/115x. Zalman do całości dorzucił również podwójny rozgałęźnik PWN, przedłużkę przewodu PWN, rozgałęźnik RGB oraz przedłużkę RGB (końcówka 3-pin żeński). Nie mogło oczywiście zabraknąć pasty termoprzewodzącej. Otrzymujemy całą tubkę ZM-STC8.
     
    Test CNPS20X
    Zaczynamy od tego, co nas najbardziej interesuje – temperatury. W spoczynku mamy średnio 27°C, natomiast pod pełnym obciążeniem chłodzenie utrzymywało 66°C. Tym samym mamy niemal identyczne wyniki względem Assassin III.

    Zalman oraz Deepcool walczą jak równy z równym w kwestii temperatur. Niestety na polu głośności musi ustąpić swojemu rywalowi. Assassin w idle wykazywał wyniki poniżej 30 decybeli, podczas gdy CNPS20X nieznacznie przekraczał ten próg. Pod pełnym obciążeniem różnica niemal 8 dB nie pozostawia żadnego komentarza. Co jednak ciekawe mniejszy brat CNPS17X był dużo cichszy, przy jednocześnie bardzo zbliżonych wynikach.

    Wyprofilowanie dolnej części obu wież (a raczej jego brak) wymaga ponownego przemyślenia. Nieważne, w jakiej orientacji ustawiłem chłodzenie zawsze kolidowało z wysokimi modułami RAM wzbogaconymi o RGB. Wysokość od krawędzi radiatora do PCB mobo wynosi 47 mm. Natomiast wysokość od krawędzi wiatraka do PCB mobo to zaledwie 33 mm. W ustawieniu, na jakie się zdecydowałem, czyli wentylatorami w stronę GPU, blaszki radiatora wciąż mocno naciskały na górną krawędź kości RAM, tym samy ulegając delikatnemu wygięciu. W tym wypadku sięgnąłem po zwykłe modułu DDR4 i tu już nie było żadnych problemów.
     
    Podsumowanie
    Reasumując na polu kontroli temperatur tańszy CNPS20X może spokojnie powalczyć z Assassin III, którego wyceniono na około 470 zł. Niestety 100 złotych oszczędności przekłada się na ewidentnie skromniejszy wygląd i mniej „kompatybilną” konstrukcję, kłócącą się z wysokimi modułami RAM.

    W przeciwieństwie do Deepcool mamy ładny efekt RGB. Sądzę jednak, że osoby zainteresowane tego typu chłodzeniem raczej nie będą patrzeć na taki argument. Ten kolos skierowany jest do osób składających stację roboczą opartą na CPU z wyższej półki a chcących zachować rozsądny stosunek cena-jakość-wydajność.

    W mojej ocenie producent powinien machnąć ręką na podświetlanie i wymienić wentylatory na cichsze oraz łatwiejsze w montażu jednostki. Wtenczas możemy mówić o jeszcze bardziej solidnym produkcie. Jednak paradoksalnie największym zagrożeniem na drodze od serc i portfeli użytkowników będzie mniejszy i dużo tańszy Zalman CNPS17X. W powyższych warunkach testowych uzyskał bardzo zbliżone wyniki przy niższej głośności. Ostatecznie wybór zależy od posiadanego procesora oraz przewidywanego scenariusza użytkowania.
  9. Sirck
    NZXT ciągle rozszerza swoją ofertę produktów, począwszy od komponentów komputerowych a kończąc na wszelkiej maści akcesoria. W ich portfolio znajdziemy również zasilacze. Po prawdzie jest to „przepakowany” Seasonic, ale ich oferta dzieli się na dwie osobne linie oznaczone literami „E” i „C”. Jedna opisuje jednostki doposażone w cyfrowy monitoring, natomiast druga reprezentuje bardziej klasyczne podejście do tego typu konstrukcji. Temat zainteresował mnie na tyle, aby przyjrzeć się, jak w praktyce wypada porównanie dwóch jednostek o identycznej mocy wynoszącej 650W.

     
    Co w trawie piszczy
    Segment zasilaczy to pewnego rodzaju nowość w ofercie NZXT. Kalifornijska marka proponuje sześć różnych wariantów – po trzy na każdą serię. Zasilacze oznaczone literą „E” dzielą się na jednostki o mocy odpowiednio 500, 650 i 850W. Po przeciwnej stronie mamy natomiast linię „C” z modelami o mocy 650, 750 i 850W. Jak widać dla obu ofert zbieżne są tylko wartości 650 i 850. Nie do końca rozumiem, co stało za tak niesymetrycznym podziałem dwóch serii.
    Pytanie jak najbardziej zasadne, bowiem różnice cenowe są dość znaczące. Przykładowo jednostkę E500 wyceniono na 137$, podczas gdy mocniejszy C650 to wydatek 110$. Przeliczając na złotówki przeszło sto złotych piechotą nie chodzi. Oczywiście muszę podkreślić, że na czas pisania tej publikacji cena 500-tki została obniżona do promocyjnego poziomu 80$, ale jak długo ten stan utrzyma się trudno powiedzieć. Tak, czy inaczej dobrze wyceniony potencjalny wariant C500 były łakomym kąskiem dla mniej zamożnych, a chcących złożyć komputer w większej ilości komponentów sygnowanych logiem NZXT. Gdybanie zostawmy jednak na inną okazję.
    Zasilacze z linii „E” to mówiąc w skrócie jednostki oferujące cyfrowy monitoring. Poprzez podłączenie do płyty głównej przewodem USB otrzymujemy wgląd w pracę oraz kondycję zasilacza w czasie rzeczywistym. Rzecz jasna, chcąc skorzystać z takiego udogodnienia należy jeszcze zainstalować aplikację CAM. Jest to uniwersalny program do zarządzania produktami NZXT. Z komponentami innych producentów prezentuje ograniczoną użyteczność, pozwalając przeważnie na podstawowy monitoring komputera. Natomiast linia zasilaczy „C” to klasyczna konstrukcja, nieposiadająca cyfrowego monitoringu.


     
    Pojedynek dwóch 650-tek
    Jak już wspomniałem pod minimalistyczną obudową zasilacza E650 ukrywa się sprzęt Seasonic a dokładnie model SSR-650FX. Oczywiście nie jest to kopia 1:1. Przykładowo do zasilacza powędrował wentylator produkcji NZXT o oznaczeniu HA1225H12F-Z. Jego maksymalna prędkość wynosi 2200 RPM, przy deklarowanej głośności 32,3 dB i przepływie powietrza na 73,9 CFM.





    Głównym atutem opisywanej konstrukcji ma być cyfrowy monitoring, za który odpowiada microchip PIC16F1455. Jak to działa? Na obudowie zasilacza znajduje się wtyczka micro-USB. Odpowiednim przewodem podpinamy się do płyty głównej w miejscu portu USB 2.0. W starszych konstrukcjach takowych znajdziemy nawet kilka, natomiast nowsze płyty główne posiadają przeważnie tylko jeden port w tym standardzie. Sami musicie już ocenić czy takie rozwiązanie koliduje z waszą konfiguracją komputera: przykładowo wykorzystaniem portów USB na froncie obudowy.




    Od strony technicznej C650 nie różni się od E650. Zasadniczo producent oddaje do naszej dyspozycji identyczne wnętrze zaprojektowane przez Seasonic. W obu przypadkach największy kondensator ma parametry 470uF, 400V i może pracować w temperaturze do 105 stopni Celsjusza. W obu przypadkach mamy także styczność z aktywnym PFC. Co dziwne NZXT nigdzie nie wspomina o zabezpieczeniach, ale biorąc pod uwagę renomę Seasonic z pewnością mamy pod ręką OVP, UVP, OTP czy SCP. W środku znajdziemy również ten sam wentylator HA1225H12F-Z. C650 nie posiada wtyczki micro-USB dla cyfrowego monitoringu. Zamiast tego z tyłu, obok włącznika, mamy przycisk Zero RPM FAN mode. Po jego wciśnięciu C650 będzie pracować w trybie półpasywnym, tzn. przy obciążeniu mniejszym niż 100W wentylator pozostaje uśpiony, redukując hałas zasilacza do absolutnego zera.
     
    Użytkowanie zasilaczy NZXT
    O wnętrzu obu zasilaczy nie ma, co się więcej rozpisywać – ten egzamin zdają piątkowo. Dlatego teraz warto przyjrzeć się zewnętrznemu wykonaniu i dodatkowym akcesoriom. Zasadniczo obie jednostki opakowano w identyczną stalową obudowę o wymiarach 150 x 150 x 86 mm, z perforowanymi otworami na wentylator i tylny wywietrznik. Waga obu PSU wynosi 2,86 kg. Po obu stronach znajdziemy lekkie wklęśnięcie blachy, dodającej nieco ciekawego wyglądu dość prostej bryle. Całość podkreśla proszkowana matowa czerń. Oczywiście, jeśli wasza obudowa posiada stosowny tunel w postaci zabudowy zasilacza to ogólne walory estetyczne przyjdzie nam podziwiać wyłącznie podczas rozpakowania i montażu.




    Gruntowna różnica między C650 i E650 polega na rozmieszczeniu wtyczek dla poszczególnych przewodów. Oczywiście opisywane jednostki są w pełni modularne, dlatego można decydować, co powędruje do wnętrza naszego PeCeta a co nie. Co ciekawe wariant „C” proponuje dodatkowe gniazdo PCI-E, plus jedno extra dla SATA/Molex. Jest to o tyle zastanawiające, bo w obu przypadkach otrzymujemy identyczną ilość wszystkich przewodów. Główny kabel płyty głównej, CPU oraz karty graficznej przyozdobiono stosownym nylonowym oplotem. Natomiast przewody SATA/Molex posiadają płaski profil. Co muszę wytknąć to sztywność końcówek kabli. W bardziej kompaktowych obudowach mogą pojawić się problemy z ich należytym ułożeniem. Jeśli idzie o samą długość przewodów nie mam, do czego się przyczepić. Nawet w pokaźnej skrzynce NZXT H700 nie było większych problemów. Na koniec w każdym z zestawów nie zabraknie trytek do uporządkowania wnętrza naszej obudowy.






    Zasilaczem NZXT E650 zarządzamy z poziomu aplikacji CAM. Daje ona wgląd w długość pracy zasilacza oraz aktualne obciążenia na poszczególnych liniach. Niestety zasilacz nie daje wglądu w wartość aktualnie pobieranego prądu z gniazdka przez cały komputer. Prócz narzędzi diagnostycznych użytkownik otrzymuje dwa suwaki do manipulacji zabezpieczeniem przeciwprzepięciowym (OCP) dla procesora i kartograficznej z osobna. W mojej ocenie laicy powinni unikać tej sekcji. W CAM damy radę jeszcze regulować obroty wentylatora. Do wyboru mamy profil „Silent”, „Performance” i sposobność definiowania własnej krzywej RPM. Zaskakujące, ale w domyślnym profilu cichym E650 jest znacznie głośniejszy od swojego brata C650. Warto podkreślić ten fakt przy składaniu komputera, gdzie kultura pracy ma odgrywać jeden z ważniejszych czynników doboru komponentów.
     
    Wynik bratobójczej walki to…
    Bez zbędnego owijania w bawełnę od razu powiem, że moim faworytem jest NZXT C650. Owszem, funkcja monitoringu jest ciekawa, szczególnie w kontekście diagnostyki sprzętu tudzież różnorakich testów. Jednak przeciętny użytkownik-gracz spojrzy w takową zakładkę raz czy dwa, a potem szybko o niej zapomni. Na korzyść wariantu „C” przemawia ilość gniazd SATA/Molex równa dostarczonym przewodom. W E650 mamy tylko trzy gniazda. Natomiast nie do końca widzę zastosowanie dla jeszcze jednego miejsca dla PCI-E w C650. W obecnych czasach zwykłych konsumentów i tak przeważnie nie interesuje układ multi-GPU.

    Generalnie wypadałoby wspomnieć o wydajności zasilaczy, a więc co będą w stanie udźwignąć? W przypadku ogólnej sprawności dla obu zawodników podkręcony i9 w duecie z RTX 2080 Super będzie poza możliwościami. Pewnie uruchomicie komputer, ale będzie pracować on pod zbyt wysokim obciążeniem, skracając tak jego żywotność i powodując pod obciążeniem notoryczne resety co jakiś czas. Plus pamiętajcie, że oba zasilacze zaprojektowano z myślą o „konsumenckich” platformach. Nie są one przystosowane do bardziej wymagających płyt głównych bazujących na procesorach z rodziny Threadripper. Przy tych potworkach zwyczajnie będzie brakować dodatkowej wtyczki 4+4 CPU. No dobrze, zatem co potrafią C i E o mocy 650W? Przy i7-9700F, GTX 2070 Super i chłodzeniu wodnym na pokładzie będziecie mieć jeszcze zapas mocy. Powinno być zatem cicho i stabilnie. W przypadku i7-8700K czy Ryzen 5 3600X w grę wchodzi także stabilne przetaktowanie procesora, podobnie jak układu graficznego.
    Finalnie prosto z pudła C650 jest dużo cichszym zasilaczem. To ważny argument, jeśli interesuje was metoda typu „zamontuj i zapomnij”. Ponadto szalenie istotny argument odgrywa cena – 110$ vs. 137$. Zwłaszcza, że obie konstrukcje bazują na tych samych podzespołach, nie różniąc się jakością wykonania obudowy i wszystkich pozostałych akcesoriów. Na oba dostajemy również certyfikat 80+ Gold oraz dziesięć lat gwarancji. Słowo się rzekło. Piszcie w komentarzach, który wariant bardziej przemawia do waszej wyobraźni.

     
    Szybkie podsumowanie
    • Oba zasilacze bazują na identycznych komponentach Seasonic…
    • ...i reprezentując identyczną sprawność,
    • Po dłuższym testowaniu C650 okazuje się cichszym rozwiązaniem,
    • W obu zasilaczach mamy ten sam komplet przewodów (nie licząc kabla USB dla E650),
    • W C650 może podpiąć obie pary przewodów SATA i Molex. W E650 mamy tylko trzy gniazda.
    • Oba zasilacze można kupić w Polsce, ale z dostępnością różnie bywa.
  10. Sirck
    Upłynęło już trochę czasu od premiery Turingów. Karty Nvidii doczekały się poprawionych wersji o nazwie Super, w kuluarach powoli mówi się o nowej generacji układów RTX i nareszcie widzimy zdrową konkurencję w segmencie kart graficznych. Oczywiście chodzi o segment budżetowych oraz średnio-pułkowych rozwiązań, ponieważ niestety na najwyższym szczeblu wciąż nie doczekaliśmy się należytej odpowiedzi AMD na RTX 2080. Związku z czym ceny wszystkich odmian tego GPU wciąż prezentują astronomiczny pułap, choć zasadniczo, czego innego można spodziewać się po mokrym śnie każdego gracza-entuzjasty?
     

     
    Poniższy drobny test ma na celu zestawienie kart graficznych z serii Super w rozdzielczości 4K. Całość zrealizowałem na zestawie będącym w zasięgu większości użytkowników, gdzie bazę stanowi procesor i7-8700. Czy w zestawieniu z obecnymi mocarzami segmentu GPU wystarczy on do zabawy w standardzie 3840 x 2160 pikseli? Czy mimo niemal gwarantowanego bottleneck’u nadal można liczyć na dobrą zabawę? Zasadniczo cały tekst potraktujmy, jako pewnego rodzaju rewizję oferty Nvidii. W końcu przez tak długi czas obecności na rynku Zieloni zdołali odpowiednio doszlifować sterowniki a ponadto doczekaliśmy się większej ilości gier wykorzystujących nowinki obecnej architektury układów graficznych.
     

     
    Szybkie porównanie układów
    Na tapetę w pierwszej kolejności musi pójść ostatnie dziecko zielonego zespołu a więc RTX 2080 Super. Egzemplarz testowy podesłała marka Inno3D, która faktycznie dla większości polskich odbiorców może wydawać się wielką niewiadomą. Zresztą podobnie będzie z konkurencyjnym KFA2. Obie firmy łączy jednak to, że dostarczają solidne rozwiązania za rozsądne pieniądze i mogą stanowić alternatywę dla Gigabyte’a tudzież Asusa. Tak na marginesie Inno3D w swoim portfolio posiada siedem różnych odmian 2080-tki Super, zatem każdy powinien znaleźć coś dla siebie. Choć z drugiej strony taki przepych może wydawać się także lekką przesadą. Ostatecznie zostawiam to do indywidualnej oceny. Nie przedłużając; do moich rąk trafił model RTX 2080 Super Ichill X3 Ultra. Identyczne, bardzo masywne chłodzenie zobaczymy także na wariancie o nazwie Jekyll, ale z tą różnicą, że w wersji Ultra nie otrzymujemy dodatkowego wymiennego zestawu wentylatorów.
    Następny zawodnik to RTX 2070 Super, posiadający dziewięć wariacji w ofercie Inno3D. Model uwzględniony na poniższych wykresach to Super Twin X2 OC. Na sam koniec pozostał jeszcze RTX 2060 Super X3. Wspólnym mianownikiem wszystkich trzech kart są nie tylko podniesione zegary względem wersji referencyjnych Nvidii, ale również zastosowanie autorskiego chłodzenia zaprojektowanego przez inżynierów Inno3D. O ile 2080-tka i 2060-tka zostały doposażone w bardzo podobny masywny radiator z sporą ilością RGB, tak 2070-tka prezentuje bardziej tradycyjną konstrukcję.
     

     
    Platforma testowa
    Procesor: Intel i7-8700 Płyta główna: Gigabyte Z390 Gaming X Pamięć: iChill DDR4-3600 16GB Dual Channel Dysk: Plextor M8Se 512GB NvMe Zasilacz: Deepcool DQ-850-M Obudowa: NZXT H700i Monitor: AOC U3277FWQ

     
    Testy syntetyczne
    Na pierwszy ogień zostaną rzucone programy typu benchmark: Superposition i 3DMark. W tym drugim przypadku na wykresach zostaną uwzględnione także pierwsze układy RTX, celem sprawdzenia jak wypadają w bezpośrednim starciu z „ulepszonymi” wariantami.


    W ramach wyjaśnienia Fire Strike przeprowadza test w rozdzielczości 1080p, Fire Strike Extreme w 1440p a Ultra w standardzie 2160p. Na użytej platformie testowej RTX 2060 Super wypada lepiej od RTX 2070 w Full HD oraz 4K, ale co dziwne traci kilka punktów w rozdzielczości WQHD. Zastanawiające też, że 2060-tka w najwyższej rozdzielczości zaliczyła dość znaczącą przewagę nad 2070 Super. Wypadek przy pracy? Natomiast RTX 2080 Super podkreśla swoją wyższość nad zwykłą 2080-tką, acz ilość punków uzyskanych w 1080p przedstawia aż nazbyt szeroką przepaść między tymi układami.
     

     
    Testy praktyczne
    Co za czasy! Doszliśmy do poziomu, gdzie nie tylko pojedyncze GPU jest w stanie udźwignąć ciężar wysokobudżetowych gier w rozdzielczości 4K, ale co ważniejsze temu zadaniu może podołać sprzęt zamykający średnią półkę – ceny większości modeli RTX 2060 Super oscylują w granicach 1950 zł. Zerknijcie tylko na poniższy wykres.

    Układy RTX radzą sobie dobrze zarówno w DirectX 11, DirectX 12 oraz API Vulkan. W przypadku rozwiązania opatentowanego przez Microsoft, różnice w tytułach wykorzystujących oba API nie były aż tak duże, acz w miarę możliwości zalecam stosowanie DX12. Rezultaty wykręcone przez RTX 2070 Super i 2080 Super nie reprezentują jednolitego poziomu. Skala wacha się od sześciu do dwudziestu klatek na sekundę na użytym komputerze. Ponadto słabszy brat pokonał 2080-tkę w Forza Horizon 4. Ogólnie obie karty gwarantują maksymalny poziom grafiki w 4K, utrzymując przy tym wysoki poziom klatek na sekundę.

    Na dziesięć pozycji w czterech 2060-tka pozwoliła na utrzymanie stabilnego poziomu klatek w okolicach 60 fps. Nie ma też większych problemów z funkcją śledzenia promieni w grach, ale rozdzielczość należy obniżyć do 1440p lub 1080p w zależności od tytułu. No dobrze, a jak nowe karty graficzne wypadają w zastosowaniach profesjonalnych?


    Jeśli potrzebujecie karty graficznej do renderowania złożonych scen to doinwestowanie platformy w kierunku RTX 2080 Super wydaje zasadnym kierunkiem. Natomiast mniej zamożni graficy, jak również twórcy contentu, także spokojnie mogą sięgnąć po tańsze warianty kart RTX. Na sam koniec pozostaje jeszcze zerknąć na średnie zużycie prądu przez całą platformę testową. Przedstawione wyniki to średnia poboru energii z siedmiu różnych gier w rozdzielczości 1080p.

    Równie ważnym aspektem użytkowania karty graficznej będzie kultura pracy oraz temperatury. W spoczynku RTX 2080 Super przechodzi w tryb pasywny. Pod obciążeniem w programie Superposition, przy zamkniętej obudowie, komputer generował średnio 35-38dB. Tak, więc masywne chłodzenie nie jest tylko na pokaz. Szczególnie, że temperatury zależnie od gry utrzymywały niski poziom - od 68°C do 76°C. W porównaniu do wersji bazowej RTX 2080, uzbrojonej w klasyczne chłodzenie i przekraczającej notorycznie 80°C pod pełnym obciążeniem, uzyskane rezultaty można uznać za duży sukces. Jednym słowem thermal throttling nie występuje.
     
    Słowem podsumowania
    Testowany układ RTX 2080 Super Ichill X3 Ultra to zdecydowanie bardzo wydajne GPU. Zresztą podobnie jak reszta kart z serii Super. Pojedyncza karta graficzna z najwyższej półki w rozdzielczości 4K potrafi samodzielnie udźwignąć grę w uwzględnieniem wszystkich technologicznych nowinek. Jeszcze za czasów generacji Maxwell a więc GTX 780 oraz GTX 980 taka rozpusta była nie do pomyślenia. Nawet cieszący się dobrą sławą GTX 1080 musiałby napocić się przy takim zadaniu, acz już GTX 1080 Ti to zupełnie inna historia, warta przypomnienia przy innej okazji.
     

     
    Po testach kilku wariantów układu RTX 2080 jestem również przekonany, że warto dopłacić do modelu uzbrojonego w lepsze chłodzenie. Nie chodzi o widowiskową prezencję modelu Ichill X3 Ultra, ale o wyraźnie niższe temperatury będące gwarantem stabilnego trybu boost i dłuższego życia karty. Do tego dochodzi jeszcze realna różnica w kulturze pracy. Zastosowana platforma ewidentnie nie wykorzystała potencjału 2080-tki. Z drugiej strony powyższy duet nie ma większego uzasadnienia od strony wartości i segmentu wydajności zajmowanego przez oba produkty. Test warto było jednak przeprowadzić z punktu widzenia walorów poznawczych oraz nie co dzień człowiek ma okazję pobawić się GPU wycenianym na ponad 3000 zł
     

  11. Sirck
    Seria urządzeń Nimbustor to próba odświeżenia dobrze znanej formuły urządzeń typu NAS przez firmę Asustor. Jak dotąd na rynek trafiły dwa urządzenia: AS5202T i AS5304T. Drobne zmiany w ogólnym wzornictwie a także ukierunkowanie produktu w stronę twórców internetowego contentu nie zdradza nam najważniejszych zmian naniesionych przez producenta. A jest ich kilka, dzięki czemu oba Nimbustory wyróżniają się w sposób istotny na tle innych urządzeń Asustor oraz potencjalnej konkurencji.
     
    Tak na dobry początek
    Zacznijmy jednak od podstaw. Nimbustor 4, czyli model AS5304T, tanim urządzeniem nie jest. Na polskim rynku jego cena wacha się między 2650 a 2850 zł. W tym przedziale cenowym większość z nas prędzej sięga po notebooka lub nowiutki komputer aniżeli po domowy serwer plików. Jasnym jest jednak, że nie jest to sprzęt dla każdego przeciętnego Kowalskiego a raczej został on skierowany do konkretnej grupy odbiorców. Według producenta są to wszelkiego rodzaju twórcy internetowych treści, ale dzięki swojej specyfikacji przedstawiony model poradzi sobie również w innych scenariuszach – także w przestrzeni biurowej. Na pokładzie NAS-a znajdziemy czterordzeniowy procesor Intel Celeron J4105. Wspiera go moduł pamięci DDR4 o taktowaniu 2400MHz i pojemności 4GB. Dostępną pamięć możemy rozbudować do 8GB, co już od dawna niebyło możliwe w wcześniejszych seriach Asustor.
    Architektura urządzenia opartego o procesor z rodziny Gemini Lake a także pamięć DDR4 przekłada się nie tylko na niski pobór energii, ale również zapewnia solidne przyspieszenie względem starszych generacji CPU Intela oraz procesorów o mniej desktopowym rodowodzie. Z racji obecności intelowskiej jednostki znalazło się również miejsce dla „zintegrowanego” układu graficznego UHD 600. W konsekwencji AS5304T wyposażono w HDMI 2.0a, zapewniając przy okazji 10-bitowe sprzętowe dekodowanie wideo 4K wraz z dekodowaniem HEVC i VP9 10bit Profile2. Innymi słowy mamy pewność płynnego odtwarzania materiału filmowego zapisanego w wysokiej rozdzielczości.

     
    Na pokładzie AS5304T (zresztą AS5202T również) pokuszono się o zamontowanie dwóch portów sieciowych 2.5Gigabit. Zrezygnowano całkowicie z spotykanego od wielu lat interface’u sieciowego 1Gigabit. Co więcej dwa porty oznaczają nie tylko możliwość podpięcia dwóch urządzeń (np. PC i routera), ale i zastosowanie agregacji łącza, podbijając dostępną przepustowość do 5Gigabit. Z takiej atrakcji skorzystamy jednak wyłącznie, jeśli posiadamy odpowiednią infrastrukturę sieciową oraz jeśli zainwestujemy w wystarczająco żwawe dyski. W tym przypadku nośniki SSD są jak najbardziej wskazane.
    Powyższe parametry urządzenia pozwalają na bezproblemową archiwizację strumieniowa na żywo w rozdzielczości do 4K HDR i późniejsze płynne przeglądanie zbiorów. W drugą stronę Nimbustor, dzięki aplikacji Takeasy, NAS także pozwala na zapisanie materiałów z YouTube oraz Twitch. W ramach ciekawostki wspomnę jeszcze, że dla graczy NAS, wspierający m.in. iSCSI, sprawdza się całkiem dobrze przy udostępnianiu na wielu urządzeniach jednocześnie mniej wymagających tytułów. Jest to, zatem całkiem ciekawa opcja przy organizacji turnieju lub klasycznego LAN Party.
     
    Coś jeszcze nowego?
    Zewnątrz AS5304T prezentuje dość prostą formę zamkniętą w wymiarach 170 x 174 x 230 mm i wadze nieprzekraczającej 2.2Kg. Zasadniczo nieróżni się wiele od swoich poprzedników. W teorii ogólna stylistyka Nimbustora ma nawiązywać do gamingu, o czym przypominać ma nawet nieco odświeżony interface głównego oprogramowania ADM. W praktyce mamy jednak do czynienia z delikatnymi detalami, na które większość użytkowników raczej nie zwróci uwagi. W mojej ocenie to tylko na plus. Z frontu zachowano podstawową funkcjonalność: diody sygnalizujące stan urządzenia, włącznik, port USB, przycisk one touch backup button oraz pokrywa na magnesy zasłaniająca kieszenie dysków. Z tyłu urządzenia, prócz HDMI i dwóch portów 2.5Gigabit, zobaczymy jeszcze dodatkowe dwa gniazda USB 3.2 Gen1. Jednocześnie zdjęcie całej obudowy nie wymaga specjalnego wysiłku – wystarczy odkręcić dwie śrubki.
     
    Klasyczne dyski 3.5” montujemy nie używając narzędzi. Wygodne rozwiązanie. W przypadku nośników SSD musimy już posłużyć się śrubokrętem. Niestety nie ma możliwości montażu nośników typu M.2. AS5304T posiada cztery kieszenie na dyski, co stanowi realny atut względem AS5202T i jego dwóch kieszeni. W mojej ocenie warto dopłacić do droższego Nimbustora 4, ponieważ w bardziej profesjonalnych zdaniach nie tylko oferuje potencjalnie większą przestrzeń, bez konieczności żonglowania dyskami, ale posiada też większy wachlarz ustawień RAID: 0, 1, 5, 6 oraz 10. Wszystko jednak zależy od tego, w jakim scenariuszu będziemy używać NAS-a. Jeśli poszukujemy wyłącznie domowego serwera multimediów to skromniejszy AS5202T wykona powierzone zadanie równie dobrze, co większy brat. Plus do obu urządzeń możemy oczywiście podłączyć zewnętrzne kieszenie i pendrive’y USB, celem archiwizacji danych lub wykonania szybkiej kopii zapasowej. Na stronie Asustor zajdziecie również obszerną listę kompatybilnych adapterów USB Wi-Fi. Bez większych problemów podłączycie także wszelkiej maści DAC-i a nawet klawiaturę i mysz.
    Pod względem podania produktów przez Asustor niewiele się zmieniło. Stylistka opakowania jak i jego zawartość nieróżni się względem innych urządzeń tego producenta. Wewnątrz kartonu znajdziemy: zasilacz sieciowy, przewód zasilający, dwa przewody RJ-45 (Cat5e), płytę CD, skróconą instrukcję oraz kilka śrubek do montażu dysków. Zatem wszystko, co potrzebne do rozpoczęcia pracy jest na miejscu.
     
    Specyfikacja Nimbustor 4 AS5304T
    CPU: Intel Celeron J4105 Quad-Core [email protected] GHz Pamięć: 1x 4GB SO-DIMM DDR4 2400MHz Możliwość rozbudowy RAM: 8GB (2 x 4GB) Pamięć Flash: 4GB eMMC HDD: 4 x SATA3 6Gb/s; 3.5"/2.5" HDD/SSD Maksymalna wewnętrzna pojemność: 64 TB (16 TB HDD 4x) Porty: USB 3.2 Gen 1 x3 Sieć: 2.5 Gigabit Ethernet x2 Wyjście wideo: HDMI 2.0a Wentylator: 120mm x1

     

    Jak sprzęt wypada w praktyce?
    NAS został wcześniej uzbrojony w dwa dyski SSD Kingston DC500M o pojemności 480GB i skonfigurowane w systemie RAID1. Test odbył się w kilku konfiguracjach. Nimbustor został podłączony do domowego routera a później bezpośrednio do PC. W tym pierwszym przypadku mamy styczność z dość prostym sprzętem - Huawei B315s. Natomiast komputer stacjonarny oparty o płytę główną ASUS Z97 posiadał kartę sieciową 1Gigabit.
    Zapis/odczyt – testy syntetyczne

    Wyniki uzyskane bez agregacji łącza.
     

    Wyniki uzyskane przy zastosowaniu agregacji. Uzyskane rezultaty zaskoczyły pozytywnie jak na tak leciwą infrastrukturę sieciową oraz użytkowany komputer.
    Zapis / odczyt – test praktyczny

    Wydajność w grach
    Używając funkcji mapowania dysku sieciowego otrzymujemy dodatkową przestrzeń na instalowanie gier. Czy używając NAS-a można jednak liczyć na stabilną ilość klatek na sekundę w przypadku wysokobudżetowych tytułów? Test wykonałem przy bezpośrednim podpięciu do PC: i7-4770, GTX 1060, 8GB (gry instalowane na HDD).


    Wszystko działało bez najmniejszych problemów.
     
    Na sam koniec wykres pokazujący pobór energii. Ponadto dzięki inwestycji w SSD uzyskaliśmy bardzo ciche urządzenie. Tym samym AS5304T może spokojnie powędrować do waszego gabinetu, salonu a nawet przysłowiowej jaskini gracza. W normalnym scenariuszu pracy temperatura CPU oscyluje w granicach 47°C, ale pod pełnym obciążeniem może rozgrzać się nawet do 70°C, acz nie przeszkadza to w stabilnej pracy. Są to normalne temperatury, biorąc pod uwagę, że CPU chłodzony jest pasywnie aluminiowym radiatorem. Jedyny wentylator 120mm znajduje się na tyle NAS-a chłodząc wszystkie komponenty.

     
    Czas podsumowań
    Na duży plus wypada zaliczyć kompaktową obudowę i minimalistyczny wygląd. Mimo etykiety „gaming” autorom udało się pohamować wodze fantazji. Ważniejsze od zewnętrznych detali są oczywiście naniesione zmiany sprzętowe. Obecność HDMI 2.0a oraz dwóch portów 2.5Gigabit to spora zaleta. Obecność czterordzeniowego Celerona J4105 odczuwamy z miejsca, przy codziennym użytkowaniu, uruchamianiu typowych aplikacji, kopiowaniu plików z miejsca na miejsce oraz pracy nieco bardziej złożonych aplikacji. Przy obecnym pułapie cenowym Asustor mógł jednak pokusić się o dorzucenie drugiej kości RAM. Nie tylko wygląda to lepiej na papierze, ale daje realną przewagę np. przy stawianiu wirtualnych maszyn lub innych wymagających czynności.
    Nimbustor dla laików wydaje się zbytnią ekstrawagancją. I mają pewnie rację. Sprzęt będzie bardziej trafionym pomysłem dla półprofesjonalistów oraz dużo bardziej zaawansowanych użytkowników, chcących mieć swoje wydajne centrum zarządzania danymi pod ręką, bez konieczności inwestowania w dużą skrzynkę.
    A jak wy zapatrujecie się na Nimbustora 4? Dacie mu szansę czy może jednak ostatecznie skłonicie się w stronę składania własnego NAS-a z komponentów desktopowych?
  12. Sirck
    Nimbustor 2 nie należy do tanich. Jako, że sprzęt posiada jedynie dwie kieszenie HDD, może to budzić pewne wątpliwości. Dlaczego więc jest on niezwykle konkurencyjnym urządzeniem, gdy inni oferują podobne rozwiązania odrobinę taniej?
     
    W AS5202T umieszczono wcześniej dwa dyski SSD Kingston DC500M 480 GB, ułożone w trybie RAID1. Teoretycznie rzecz biorąc w przypadku dysku sieciowego, który ma być jedynie magazynem danych, półprzewodnikowy dysk wydać się może przesadą. Jednakże, gdy weźmie się pod uwagę to, że ich ceny są coraz bardziej przystępne, a także stosowanie NAS-a do uruchamiania wymagających aplikacji, to rozwiązanie wydaje się sensowne. Nie rozdrabniając się dłużej w temacie użytych dysków, najwyższa pora przejść do testów. Jak poradzi sobie Nimbustor 2?
     

     
    Na dobry początek
    Ogólnie pozytywnie. AS5202T i AS5304T odróżniają gabaryty. Rozmiary obu urządzeń wynikają z ich pojemności – 2 vs 4 kieszenie HDD. Nie licząc tego drobnego detalu wizualnie są to identyczne NAS-y. Czarny kolor obudowy współgrający z drobnymi czerwonymi akcentami, zdejmowany frontowy panel odznaczający się połyskiem oraz minimalizm szczegółów to główne cechy testowanego sprzętu.
     
    Na froncie, oprócz diod sygnalizujących pracę, znajdziemy jeszcze przycisk „One Touch Backup Button” i port USB. Dodatkowe dwa porty umieszczono z tyłu, podobnie jak wyjście HDMI oraz dwa gniazda LAN RJ45 2.5 Gigabit. Jeśli idzie o montaż dysków cieszy brak konieczności sięgania po narzędzia w przypadku nośników 3.5”. W kwestii mniejszych SSD nie obejdzie się bez śrubokręta. Oczywiście odpowiednie śrubki znajdziecie w zestawie akcesoriów. Generalnie pakiet obejmuje: zasilacz sieciowy, przewód zasilający, dwa przewody RJ-45 (Cat 5e), płytę CD oraz skróconą instrukcję.
     
    Specyfikacja Nimbustor 2 AS5202T
    CPU: Intel Celeron J4005 Dual-Core [email protected] GHz
    Pamięć: 1x 2GB SO-DIMM DDR4 2400MHz
    Możliwość rozbudowy RAM: 8GB (2 x 4GB)
    Pamięć Flash: 4GB eMMC
    HDD: 4 x SATA3 6Gb/s; 3.5"/2.5" HDD/SSD
    Maksymalna wewnętrzna pojemność: 32 TB (16 TB HDD 4x)
    Porty: USB 3.2 Gen 1 x3
    Sieć: 2.5 Gigabit Ethernet x2
    Wyjście wideo: HDMI 2.0a
    Wentylator: 70mm x1
     
    Fight!
    Dyski skonfigurowano w trybie RAID 1. Tak ustawiony wcześniej sprzęt trafił w moje ręce. Przy samodzielnej inicjacji sprzętu użytkownik ma jeszcze do wyboru RAID 0 oraz JBOD. Komputer z jakiego kopiowano i zapisywano dane w tym teście, bazuje na i7-4770, dwukanałowej pamięci i płycie głównej Z97. Zainstalowane dyski to systemowy Kingston 3K 240GB i Samsung HD502HJ (3x 500GB).
     
    Test syntetyczny - zapis i odczyt



    Uzyskane wyniki dla Nimbustor AS5202T zastanawiają, szczególnie w kontekście programu ATTO. Odczyt znacznie przebija zapis, który swoimi wartościami nie powala. Test został przeprowadzony przy bezpośrednim podłączeniu z PC (single-link) i powtórzony kilkukrotnie z użyciem fabrycznego przewodu sieciowego Asustor oraz Neku Cat 5e. Różnice między nimi mieściły się w przedziale błędu pomiarowego.
     
    Test praktyczny – zapis i odczyt

     
    Powyższy test przeprowadzono przy bezpośrednim połączeniu NAS-a z PC (single-link). Należy dopowiedzieć, że QNAP wyposażono w dwa klasyczne HDD (1TB WD Red + RAID 1). Widać w domowych warunkach SSD w przypadku NAS-a nie daje realnych korzyści.Na sam koniec pobór energii. Do porównania użyłem AS5304T i QNAP TS-231P. Dzięki inwestycji w SSD uzyskaliśmy bardzo cichą, mimo zamontowania przez producenta jednego wentylatora 70 mm (732 RPM) oraz oszczędną platformę. Choć ~4 W energii mniej nie przełożą się na aż tak znacząco niższe rachunki za prąd.
     

     
    Wrażenia z użytkowania
    Od strony technicznej sprzęt różni się względem swoich poprzedników. Nimbustory wyposażono w moduły SO-DIMM DDR4 o taktowaniu 2400 MHz. Niestety testowany NAS posiada tylko jedną kość 2 GB, co biorąc pod uwagę jego cenę wydaje się nietrafionym pomysłem. Na szczęście do łask powróciła możliwość rozbudowy sprzętu. Wspominam o tym, bo niektóre Asustory posiadają wlutowane moduły RAM, zamykając tak ścieżki upgrade’u. Niemniej w codziennym użytkowaniu – archiwizowanie i korzystanie z multimediów – zamontowana ilość pamięci wystarcza, dzięki należytej optymalizacji softu.
     

    Nimbustor 2 posiada port HDMI 2.0 a. Oznacza to wsparcie dla wyświetlaczy 4K oraz obsługę standardu HDR. Dekodowanie HEVC i VP9 10bit Profile2 mają przełożyć się na płynniejsze wyświetlanie materiału wideo przy mniejszym zużyciu CPU. Niestety stosownych plików filmowych w standardzie 2160p nie miałem pod ręką, aby sprawdzić na ile zapewnienia producenta pokrywają się z rzeczywistością. Ogólnie usługi streamingowe w rozdzielczości 1080p działają sprawnie. Innymi słowy otrzymujemy dość elastyczny serwer, który podpięty pod TV z jednej strony stanowi świetne archiwum multimediów, a z drugiej maszynę do strumieniowania z YouTube lub Netflix.
     

    Do pełnego wykorzystania NAS-a konieczna jest odpowiednia infrastruktura sieciowa w domu albo biurze. Bez agregacji łącza transfery danych prezentowały się solidnie, ale bez szaleństw. Biorąc pod uwagę obecność SSD na pokładzie ten fakt może rozczarowywać. Użytkowanie jednocześnie dwóch portów 2.5 Gigabit Ethernet, gdzie po drugiej stronie jest PC ze zwykła kartą sieciową oraz klasycznymi HDD, nie ma już takiego znaczenia. W biurze przy odpowiednim routerze oraz większej ilości komputerów efekt powinien być jak najbardziej pozytywny.
     
    Podsumowanie
    Asustor AS5202T kosztuje obecnie 1699 zł. Godna pochwały jest kompaktowa obudowa tego sprzętu. Dobrze, że producent zdecydował się na zaktualizowanie standardów na HDMI 2.0a oraz 2x 2.5 Gigabit. Dodatkowo urządzenia z serii Nimbustor radzą sobie z pokaźną liczbą sieciowych kart USB oraz DAC’ów. Niewątpliwie polepsza to możliwości w konfiguracji przestrzeni oraz sprzętu, np. własnego Netflixa. Warto również pamiętać o trzyletniej gwarancji producenta.
     
    Podsumowując - seria Nimbustor jest niewątpliwie rozwiązaniem wartym uwagi, zwłaszcza w przypadku studia nagraniowego, biura, a także domu jako centrum rozrywki. System ADM na starcie oferuje sporo możliwości i posiada w miarę prostą konfigurację. Korzystanie z wielu opcji, jak np. własna chmura streamingowa, to nie czarna magia i nie wymaga specjalistycznej wiedzy. Jeżeli szukacie sprzętu, który zapewnia szeroki wachlarz możliwości to AS5202T jest odpowiednim urządzeniem. Jeśli zadowolicie się prostym magazynem dla swoich danych, to bez problemu znajdziecie dużo innych i mniej kosztownych rozwiązań.
  13. Sirck
    Popularność serwisów umożliwiających streamowanie, takich jak YouTube, Twitch i Mixer, jest niezwykle wysoka. Dużą rolę w tym zjawisku odgrywa e-sport, który skupia widzów z całego świata. Rzecz jasna, czynników jest o wiele więcej. Niemniej jednak, wspomniane serwisy przyciągają każdego dnia nowych i potrzebujących sprzętu twórców. Taki sprzęt powinien być ich furtką do social mediów. AVerMedia Live Gamer Mini (GC311) ma spełnić wspomnianą potrzebę.
     
    Kanały zajmujące się tematyką nowych technologii oraz gameplaye z gier, w formie nagrań i strumieni na żywo, zajmują dziś znaczną część sieci. Tu pojawia się AVerMedia - w jej ofercie znajduje się sporo przydatnego sprzętu, który umożliwia rejestrację materiału filmowego. Jeśli chcielibyście nagrać rozgrywkę z konsoli, urządzenia mobilnego lub komputera, to trafiliście w dziesiątkę. Jednakże, ceny akcesoriów dla youtuberów i streamerów zawsze odstraszały ceną. Zmieniło się to jednak wraz z wypuszczeniem Live Gamer Mini (GC311).
     

    Wstępne rozeznanie
     
    Cena większości grabberów wideo oscyluje w granicach tysiąca złotych. GC311 od AVerMedii to wydatek połowy tej sumy. W zamian otrzymujemy skromnie wyposażone, choć bez dwóch zdań bardzo „elastyczne” urządzenie. Po rozpakowaniu niewielkiego pudełka do rąk trafi: grabber, przewód USB 2.0 oraz skrótowa instrukcja na papierze. Szkoda, że w zestawie producent nie uwzględnił dodatkowego przewodu HDMI.
     
    Długi niemal na dwa metry kabel w oplocie z jednej strony zakończono wtyczką USB Typ-A, z drugiej zaś Micro-B. Sam grabber Live Gamer Mini to niewielka skrzyneczka mieszcząca się w dłoni, ciężar której nie przekracza 75 g. Obudowę wykonano z tworzywa sztucznego z należytym przywiązaniem do szczegółów, w czym zasadniczo AVerMedia nie zawodzi od lat. Na jednej stronie umieszczono komplet wyjść/wejść. Odpowiednio obok siebie umiejscowiono: wejście HDMI, wyjście HDMI oraz port USB Micro-B. Nie ma żadnego włącznika czy przycisku reset. Po wpięciu kabla do komputera grabber jest gotowy do pracy, co powinna zasygnalizować niebieska dioda LED.
     

     
    Niewielka waga i kompaktowe rozmiary (100 x 57 x 18.8 mm) pozwalają wywnioskować tylko jedno – GC311 zaprojektowano głównie z myślą o mobilnych streamerach. Gdy jedziecie na jakieś wydarzenie, czy do znajomego po youtuberskim fachu, będziecie zawsze gotowi do twórczej pracy. Wręcz banalna obsługa, plus przystępna cena czyni opisywany sprzęt atrakcyjnym także dla początkujących w social media. Niestety niska cena idzie w parze z pewnymi ograniczeniami, o czym więcej za chwilę.
     

    Specyfikacja sprzętu:
     
    • Złącze: USB 2.0 (USB Micro)
    • Wejście wideo: HDMI
    • Wyjście wideo (Pass-Through): HDMI
    • Maksymalna rozdzielczość Pass-Through: [email protected]
    • Maksymalna rozdzielczość nagrywania: [email protected]
    • Wspierane rozdzielczości: 1080p, 1080i, 720p, 576p, 480p, 480i
    • Format nagrywania: MPEG 4 (H.264+AAC) / Wspiera kodowanie sprzętowe
    • Wymiary: 100 x 57 x 18.8 mm
    • Waga: 74.5 g
     

    Get ready to stream!
     
    Grabber GC311 powiela pewne schematy sprzętu AVerMedii z przeszłości. Część obliczeń dzieje się po stronie testowanego urządzenia. W konsekwencji nie potrzeba mocarnego komputera prosto z laboratoriów NASA. Mimo tego pewne minimalne wymagania sprzętowe należy spełnić. W testach użyto PC-eta wyposażonego w procesor i5 czwartej generacji, osiem gigabajtów szybkiej pamięci RAM oraz wysłużonego GTX 760. Specyfikacja ta poradziła sobie śpiewająco, posiadając jeszcze sporą rezerwę mocy obliczeniowej, szczególnie, że całość obliczeń leżała po stronie karty GeForce. Na dobrą sprawę temat ogarnie nawet zestaw z i5-tką trzeciej generacji, o ile posiada wsparcie odpowiednio szybkiego GPU Nvidii lub AMD.
     

     
    Podobną specyfikację rekomenduję również dla notebooków, choć dla starszych platform i7 nie będzie żadną przesadą. Pamiętajcie, że wszelkiego rodzaju jednostki Pentium czy starsze Core i3, i5 wraz z zintegrowanym GPU Intela, to stanowczo za mało, by komfortowo nagrywać w 1080p a nawet 720p. Zarejestrowany obraz będzie straszyć artefaktami oraz szarpaniem obrazu przypominającym czkawkę.
     
    Pozostała jeszcze kwestia oprogramowania. Do pracy z GC311 zaleca się program RECentral 4 w wersji v4.3.1.43_x64. Rzecz jasna pobierzecie go bez żadnych kosztów prosto z strony producenta. Spece z AVerMedii rekomendują środowisko Windows 10, na którym faktycznie wszystko działa bez najmniejszego problemu. Dzięki wykorzystaniu UVC Live Gamer Mini działa natychmiast po podłączeniu do portu USB, a wyjściowy format uzyskiwanego filmu wspierany jest także przez popularne platformy streamingowe. Warto jednak nadmienić, że zarówno GC311 jak i najnowszy RECentral 4 bez problemu działają na Windows 7. Wspominam o tym, ponieważ wielu z Was wciąż pewnie korzysta z poprzedniego systemu operacyjnego Billa Gatesa.
     

    A jak wypada w praktyce?
     
    Brak konieczności posiadania komputera z kosmosu, a także interface USB 2.0, pozwala sądzić, że AVerMedia w swoim najnowszym produkcie poszła na serię ustępstw. Tak też jest w istocie. Urządzenie nie wspiera wyświetlania, nagrywania i streamowania sygnałów metodą HDCP. Ponadto, odpadają rozdzielczości w proporcjach 21:9 oraz mistyczny standard 4K. Wprawdzie możecie go wymusić, ale nie polecam tego zabiegu. Czego jeszcze nie uświadczymy to HDR, jak również nagrywanie i wyświetlanie w wysokich częstotliwości odświeżania obrazu. Maksymalna dostępna wartość wynosi 60 Hz, co zasadniczo żadną ujmą nie jest i dla sporej większości twórców taki standard wystarczy w zupełności.
     
    Oczywiście nie jest tak, że nie mamy żadnych opcji do wyboru. Na załączonym poniżej obrazku widać jak na dłoni, że zachowano pewien stopień funkcjonalności. Do próbnego nagrania wybrałem następujące parametry: kodek Nvidii, format H.264, profil H.264 - high, rozdzielczość [email protected], szybkość transmisji wideo (bitrate) - 60, keyframe: 2 sekundy, szybkość transmisji audio - 256kbps. W rezultacie wszystko na komputerze, podczas nagrywania rozgrywki z konsoli Xbox One, działało bez najmniejszych problemów. Zarówno po stronie obrazu jak i dźwięku. Finalny materiał nie był idealnej jakości, ale dla potrzeb streamu czy tworzenia filmików dla YouTube całkowicie wystarczy.
     

     
    AVerMedia Live Gamer Mini GC311 to grabber typu Pass-Through. W większości przypadków w przeszłości oznaczało to, że pomiędzy obrazem wyświetlanym na monitorze/TV z konsoli, a materiałem na komputerze w RECentral dało się zauważyć solidne opóźnienia. Słowem granie patrząc w okno programu AVerMedii było praktycznie niemożliwe. Zaletą nowego modelu Live Gamer Mini, według zapewnień producenta, ma być brak opóźnień w trakcie nagrywania. Bez odpowiedniej aparatury trudno stwierdzić na ile przechwałki producenta pokrywają się z rzeczywistością. Jednak z całą stanowczością można powiedzieć, iż złowrogie opóźnienie (tzw. lag) między tym, co wyświetla wasz telewizor, a tym co zobaczycie na monitorze w oknie RECentral jest naprawdę znikome. Na tyle, że bez problemu dało się grać choćby w Forzę Horizon.
     

    Nie rozmiar czyni zawodnika
     
    Live Gamer Mini GC311 to koszt o połowę niższy od innych tego typu sprzętów oferowanych przez AVerMedię, czyli (na dzień 07.06) około 530 zł. Ta cena nie bierze się jednak znikąd i ma pewne następstwa. W pewnych sprawach producent musiał pójść na pewne kompromisy, dając użytkownikom dostęp jedynie do najpotrzebniejszych funkcji. W gruncie rzeczy, jest to jednocześnie wielką zaletą, bo twórcy, którzy dopiero zaczynają swoją przygodę, nie zostaną przygnieceni dziesiątkami możliwości i opcji, o których nie mają pojęcia.
     
    Podsumowując, grabber stworzono przede wszystkim dla użytkowników mobilnych. Mając na uwadze jego niewielkie rozmiary – w tej kwestii sprawuje się znakomicie. Konfiguracja i obsługa GC311 jest banalnie prosta. Bez trudu zrobić to może każdy i nie musi być przy tym posiadaczem mistycznej wiedzy informatycznej. Wszystko czego potrzeba to umiejętność podłączenia trzech kabelków i instalacji oprogramowania ze strony producenta. Co więcej, tak jak już wspominałem, podstawowa funkcjonalność umożliwi bezbolesne wdrożenie w streaming. Wyjściowa jakość obrazu nie pozostawia wiele do życzenia, więc AVerMedię Live Gamer Mini GC311 mogę z czystym sumieniem polecić.
  14. Sirck
    Marka Zalman jest nam znana nie tylko z produkcji systemów chłodzenia podzespołów komputerowych, ale również obudów. W pierwszym kwartale bieżącego roku koreański producent ukazał światu swój najnowszy model: K1.
     
    Obudowa Zalman K1 to oryginalna konstrukcja, cechująca się standardem Midi ATX, podświetleniem RGB oraz hartowanych szkłem w panelu bocznym. Użycie cienkiej stali wpływa na to, że przy wymiarach 458 x 210 x 450 mm, waży tylko sześć kilo. Na wykonanym z plastiku, przednim panelu obudowy znajdziemy: dwa porty USB 3.0 i 2.0, wejście na słuchawki oraz mikrofon, przycisk włączania, restartowania i zmiany podświetlenia RGB. Więcej szczegółów technicznych obudowy i pierwsze wnioski po jej praktycznym wykorzystaniu możecie znaleźć poniżej.
     

     
    Złożenie komputera
     
    Wewnątrz można zainstalować płyty główne w formatach: ATX, mATX i mITX. Na szybko zamontowałem mobo Gigabyte w standardzie ATX i cała procedura przebiegła dość sprawnie. Producent przewidział siedem miejsc na karty rozszerzeń. Niestety śledzie są wyłamywane, jak w tanich obudowach. Na szczęście uwzględniono w zestawie odpowiednie zaślepki, ale trochę ich poskąpiono, bo do dyspozycji mamy tylko dwie. Przydadzą się, jeśli przykładowo mieliście kartę dźwiękową lub moduł Wi-Fi pod PCI, następnie postanowiliście zdemontować komponent i nie chcecie zostawić szpetnej dziury z tyłu obudowy.
     
    Dla zasilacza mamy wydzieloną komorę, co w obudowach do 250 zł nie jest zawsze taką oczywistością. Jednostka zasilająca nie powinna przekraczać 190 mm. Zaraz obok niej znalazło się miejsce na dyski twarde. Dwie zatoki mieszczą „sanki” wykonane z tworzywa sztucznego, na których możemy zamontować nośniki pamięci 3.5 oraz 2.5 cala. Na tym nie koniec. Dodatkowe dwa dyski 2.5” zamontujemy zaraz obok płyty głównej grzbietem skierowanym w stronę szyby lub na odwrotnej stronie, zakrywając dyski metalowym panelem.
     
    Na kartę grafiki przewidziano aż 380 mm, dzięki czemu GTX 1070 Ti zmieścił się bez problemu. Radiator CPU nie powinien być wyższy niż 178 mm. Ja zamontowałem chłodzenie AIO z chłodnicą 120 mm, którą przytwierdziłem na tyle, zastępując standardowy wentylator RGB. Z pewnością na plus trzeba zaliczyć swobodę, z jaką można instalować dodatkowe komponenty z tyłu, bez konieczności wykonywania większej gimnastyki.
     
    Obudowa Zalman K1 udostępnia całkiem dobre możliwości montażu wentylatorów. Tych może być maksymalnie osiem, o ile decydujemy się tylko na wersje 120 mm. Dostępne warianty wyglądają następująco:
    Przód: 3x 120 mm lub 2x 140 mm Góra: 2x 120 mm/140 mm Tył: 1x 120 mm/140 mm Dół: 2x 120 mm

    W temacie radiatorów chłodzenia AIO możliwości są takie:
    Przód: 120 mm/240 mm/280 mm/360 mm, Góra: 120 mm/240 mm Tył: 120 mm

    W zestawie znajdziemy tylko jeden wentylator 120 mm, o delikatnym akcencie RGB. Zresztą również przód nie atakuje użytkownika nadmiernym podświetlaniem – to tak na marginesie. Dość intrygująco wygląda możliwość montażu dwóch wentylatorów na obudowie tunelu zasłaniającego zasilacz. Choć do końca nie widzę większej zasadności takiego rozwiązania. Dysków nie trzeba chłodzić, a zasilacz i tak czerpie powietrze spod obudowy.
     


     
    Pierwsze wnioski
     
    Obudowa Zalman K1 podąża za ogólnymi trendami. Posiada podświetlenie RGB oraz duży przezroczysty panel z boku. Jest to ogólnie forma łącząca minimalizm wzornictwa z elementami stawiającymi jasno na tzw. „gaming”. Cieszy mnie, że producent wykazał nieco powściągliwości unikając zbytniej tęczy kolorów podświetlania LED. Wypunktować wypada jeszcze uwzględnienie filtrów przeciwkurzowych, szczególnie na górze mocowanego magnetycznie, ale w tym segmencie produktów to już raczej obowiązek niż miły dodatek.
     
    Jednym z najważniejszych aspektów obudowy jest oczywiście komfort składnia. Pod tym względem nie mam większych zastrzeżeń. Konstrukcję przemyślano dość sensownie, a dostępna ilość miejsca tylko ułatwia sprawę. Umieszczenie wszystkich części i aranżacja kabli nie powinna skraść wam całego dnia. Niemniej, K1 nadaje się bardziej do złożenia komputera na pokaz aniżeli stacji roboczej, choćby ze względu na dość ograniczone miejsce dla dysków 3.5 cala. Przy jednoczesnej popularyzacji standardu M.2 i taniejących jednostek SSD 2.5” nie powinno być to jednak większym problemem w przyszłości.
     
    Kolejnym aspektem jest oczywiście jakość wykonania. Tu sprawy komplikują się nieco bardziej, bo mamy zarówno tyle samo wad, co zalet. Po złożeniu komputer z odległości prezentuje się bardzo dobrze, niemal jak produkt z półki premium. Podczas składania widać jednak jak na dłoni, że w wielu miejscach producent zastosował cięcia kosztów. Wyłamywane śledzie są tego niezbitym dowodem. W obudowie powyżej 200 zł na rok 2019, takie rozwiązanie spotka się z sporą ilością krytyki ze strony recenzentów. Jednocześnie cienka stalowa blacha miejscami potrafi wywołać krzywy grymas na twarzy. W zamian natomiast dostajemy panel z hartowanego szkła, co dla wielu pewnie wyda się kompromisem do przyjęcia.
     
    Podsumowanie
     
    Zalman nie wprowadził zupełnie nowatorskiego designu w obudowie K1, decydując się na podążenie za sprawdzonymi wzorcami. Montaż komputera przebiega bez przeszkód, a możliwe temperatury nie powinny Was negatywnie zaskoczyć. Nie oczekujcie jednak całkowitego wygłuszenia. Dobrym pomysłem okaże się wymiana wentylatorów, jeśli Wasze podzespoły nie działają bezszelestnie.
     

     
    Obecnie ceny obudowy Zalman K1 oscylują w okolicach 250 zł. Jest to atrakcyjna cena, jeśli zwrócimy uwagę na sporą przestrzeń wewnątrz skrzynki, przyjazny design czy panel z hartowanego szkła. Koszty, jakie musimy ponieść, aby stać się posiadaczami tego modelu, są na tyle nieduże, że jestem pewien wzrostu zainteresowania. Szczególnie wśród tych, którzy liczą na złożenie komputera o niezłej wydajności i stylistyce, nie przeznaczając na to lwiej części swojej pensji.
  15. Sirck
    Nowe układy GeForce’a są testowane zawsze chętnie, dokładnie i na wiele sposobów. W związku z czym postanowiłem zmienić trochę sposób podejścia do nowego RTX’a 2080. Ciekawe zatem jak zachowa się platforma testowa z tak dobrą kartą graficzną i procesorem, który w najlepszym razie z topowymi współczesnymi propozycjami ma niewiele wspólnego. Połączmy zatem inno3D RTX 2080 X2 OC oraz leciwego i5-4460.
     
    Dzisiejszy test najlepiej traktować w ramach ciekawostki. Wszakże nikt przy zdrowych zmysłach nie będzie parować układu graficznego z niemal dziewięciokrotnie tańszym procesorem. Będzie to raczej okazja do sprawdzenia w jak poszczególnych scenariuszach zachowa się komputer, gdy parametry GPU nie stanowią już żadnych ograniczeń. Tym sposobem postaramy się ustalić, w co warto zainwestować modyfikując lub składając od nowa swojego PieCyka, oczywiście głównie pod kątem gier.
     
    Z której strony ugryźć?
    Opracowanie zwartej metodologii dla potrzeb niniejszego artykułu łatwym nie było. Szczególnie, gdy idzie o zagadnienie tzw. „wąskiego gardła”, czyli odwiecznego problemu, który komponent ogranicza pozostałe? Zacznijmy jednak najpierw od opisania platformy testowej. Zasadniczo jest to leciwy, bo składany w lutym 2015 roku PC, którego serce stanowi procesor Intel i5-4460. Jednostkę Haswell Refresh (4. Gen) sparowano z chipsetem Z97.
     
    Pełna specyfikacja platformy testowej wygląda następująco:
    Procesor: Intel i5-4460 @3.2Ghz, Płyta główna: Asus Gryphon Z97 Armor Edition, Pamięć: 8GB DDR3 HyperX 1866 MHz, Dysk: Plextor M8Se 512GB NvMe, Zasilacz: Cooler Master RS-700-AFBA-G1, Obudowa: NZXT H440, Monitor: AOC AG352UCG6, System: Windows 10 wersja 1903, sterownik Nvidia 417.35

     

    Testy wykonałem w dwóch rozdzielczościach: 1920 x 1080 oraz 3440 x 1440 (proporcja 21:9). Niestety, biorąc pod uwagę trudności z dostępem sampli do mojego eksperymentu nie udało się pozyskać ekranu o rozdzielczości 4K. Niemniej AOC AG352UCG6 Ultra-Wide ze swoją nietypową rozdzielczością powinien wystarczyć w zupełności. Celem uzyskania punktu odniesienia wyniki zostaną porównane z kartą iChill GTX 1070 Ti (cena ok. 2200 zł na dzień 4.03.19). Wybór został dokonany na podstawie prostego rachunku ekonomicznego. Pod względem wydajności do ceny GTX’y 1060 i 1070 wydają się najrozsądniejszym wyborem dla komputera z średniej półki cenowej.
     
    Co nas interesuje podczas testów?
    Obciążenie CPU i GPU w danej grze przy różnych rozdzielczościach, Czy występują mikroprzycięcia, wszelkiego rodzaju opóźnienia itd., Jak wygląda wykorzystanie pamięci komputera, Czy mając topowe GPU i budżetowe CPU jesteśmy gotowi na rozdzielczość wyższą niż 1080p?

    Na podstawie dwóch programów benchmark i siedmiu gier pochodzących z różnych okresów oraz o odmiennym poziomie optymalizacji postaram się sprawdzić w jakich scenariuszach dany komponent komputera będzie (nie)ograniczać resztę podzespołów. Pomiary wykonałem za pomocą narzędzi MSI Afterburner, Rivatuner oraz Fraps.
     

    Gdy w potrzebie – Benchmark pomoże
     

    Uzyskane rezultaty są dość ciekawe, bowiem pozwoliły wyznaczyć ogólną granicę dzielącą oba układy graficzne. Przepaść w punktacji jest dość znacząca – niemal 800 pk dla standardu 1440p i 900 pk dla 1080p. Program testujący wykazuje umiarkowany apetyt na pamięć RAM.
    Kolejnym programem był 3DMark – niezwykle popularne narzędzie do diagnostyki i wyznaczenia wydajności całego zestawu komputerowego.




     
    Przy teście z użyciem Fire Strike różnice między poszczególnymi wynikami mieściły się w granicach 2000 pk. Identycznie było również w przypadku Fire Strike Extreme. Fire Strike Ultra, symulujący rozdzielczość 4K przy ekstremalnym poziomie detali, wykazał ogromną przepaść 5000 pk. Co jednak ciekawe wraz z narzuceniem większego obciążenia, względem innych platform komputer uzyskiwał lepsze rezultaty, teoretycznie spełniając nawet wymogi do płynnej rozgrywki w 4K. W Fire Strike Ultra zestaw z RTX 2080 przegonił przykładowo sprzęt wyposażony w i7-4790K i dwa GTX 980 (SLI) na identycznym chipsecie.
     
    Testy w boju - gry
    Benchmarki to jedno, pora zweryfikować czy komputer poradzi sobie w realnych warunkach.

     
    Podczas testów zostały ograne trzy pierwsze lokacje. Przedstawione wyniki prezentują uśrednione wartości. W każdym przypadku gra zużyła ~3850 MB RAM. W duecie z RTX procesor i5 musiał napracować się nieco więcej. Natomiast uśredniona ilość klatek dla obu kart graficznych nie różni się aż tak bardzo. Wypadek przy pracy? Należy wspomnieć, że w wielu testach układy RTX 2080 wspólnie z popularnym i7-8700K w Crysis z łatwością osiągają pułap powyżej stu klatek na sekundę.


    Test przeprowadzono w trybie multiplayer na mapie Metro 2014 przy sześćdziesięciu czterech graczach. Okazało się, iż czwarty Battlefield ma większy apetyt na RAM niż Crysis – ukradł niespełna 6GB. Gra była realnym wyzwaniem dla GTX’a w wyższej rozdzielczości. Procesor natomiast wykazał większe obciążenie pracując razem z RTX’em. Co jednak ciekawe, frametime przemawiał delikatnie na korzyść starszej karty GeForce – 9 ms przeciw 11 ms.

     
    W teście użyto wbudowanego benchmarka. Zapotrzebowanie na pamięć RAM nie przekroczyło znacząco poziomu 3 GB. Ogólne wymagania gry są dość wysokie, szczególnie w rozdzielczości 1440p o czym świadczy poziom wykorzystania zasobów GPU i CPU. Frametime wyglądał dość zadowalająco, choć nagłe spadki wyświetlanych klatek nie były rzadkością.

     
    Interesująco wypadła polska gra studia Flying Wild Hog. Podczas testu użyto dwóch pierwszy misji. O ile dla drugiej zużycie procesora niezależnie od omawianego przypadku wynosiło średnio 85%, tak pierwsza lokacja pokazała coś znacznie ciekawszego. Nie tylko jej zapotrzebowanie na potencjał CPU przy wyższej rozdzielczości jest niższy, tak nagłe skoki do 90% obciążenia procesora miały miejsce wyłącznie w przypadku GTX 1070 Ti. Dla RTX’a obciążenie jednostki centralnej oscylowało w granicach niespełna 40%. Nowsza karta Nvidii pochwali się także niższym frametime, kształtującym się na poziomie 10 ms.

     
    Pierwszy Project CARS został wybrany głównie ze względu na ewidentne faworyzowanie kart Nvidii. Test przeprowadzono na torze Nurburgring, podczas ulewy i szesnastu oponentach AI. Produkcja Slightly Mad Studios wykazuje umiarkowane zapotrzebowanie na zasoby procesora. Obie karty pokazały identyczny frametime bez nagłych spadków wyświetlanych klatek, przez co gameplay był płynny. Co jednak ciekawe, większe obciążenie wykazywał nowszy układ. Winę mogą ponosić sterowniki lub optymalizacja gry.

     
    Wiedźmin 3 przetestowałem w lokacji Novigrad, odbywając długi spacer z głównego rynku poza mury miasta i z powrotem. Czynność powtórzyłem dwukrotnie. Poza miastem obciążenie CPU potrafiło zmaleć nawet do 65%. Sytuacja wygląda niecodziennie w wyższej rozdzielczości, bo oto starszy układ graficzny uzyskał delikatnie lepszy uśredniony wynik w 1440p. RTX 2080 wypadł lepiej natomiast w wartościach frametime pokazując rezultaty na poziomie 17 ms, gdzie GTX przekraczał 35 ms. Szarpanie animacji, głównie w ośrodkach miejskich, nieustannie doskwierało na starszej karcie.

     
    Na koniec niespodzianka, bo dość leciwa pozycja. Jak wiadomo strategie czasu rzeczywistego wykazują spory apetyt na potencjał procesora i karty graficznej w tym samym czasie. Co więcej, Shogun 2 nie zoptymalizowano pod kątem wielordzeniowości, dlatego jeden rdzeń zawsze wykazywał pełne obciążenie. Mimo ośmiu lat na karku gra była pewnym wyzwaniem w rozdzielczości 1440p. Przykładowo o ile cała platforma z RTX’em na pokładzie konsumowała 103 W energii, tak wyższy standard wykazał średnio 220 W. Dla GTX’a wartości wyglądały analogicznie 167 i 200 W. Nie mniej trudno wywnioskować coś jednoznacznego z uzyskanych wartości. Zasadniczo można być pewnym, że RTX 2080 nie był w stanie pokazać swojego potencjału na tej konfiguracji w tak leciwej pozycji.
     
    Przyglądając się Inno3D RTX 2080 X2 OC
    Zanim przejdziemy do ogólnego podsumowania warto przyjrzeć się dzisiejszemu pacjentowi. RTX 2080 X2 to układ graficzny o długości 268 mm, dzięki czemu bez problemu udało się go dopasować do obudowy NZXT H440. Niestety nie da się tego samego powiedzieć o większym GTX 1070 Ti, gdzie uprzednie usunięcie tacek dla dysków i trochę gimnastyki było koniecznością. W stosunku do wcześniejszej serii GTX 1000 nowe GeForce w wykonaniu Inno3D przedstawiają prostsze wzornictwo chłodzenia. Oczywiście nie zapomniano także o stosownym backplate.

     
    Na pokładzie znajdziemy 8GB pamięci GDDR6 oraz szynę pamięci 256 bit. Do „nakarmienia” tego potworka koniecznym będzie podpięcie dwóch końcówek PCI-e 8 i 6 pin. Na śledziu znajdziecie kolejno: HDMI 2.0b, 3x DisplayPort 1.4 oraz USB-C. Za przepływy powietrza odpowiadają dwa wentylatory 92 mm. Jednocześnie zastosowano półpasywną metodę chłodzenia w trybie idle. Temperatura RTX’a w spoczynku wynosi około 42 stopnie, zaś w trakcie gry spodziewajcie się temperatur na poziomie 72 do 76 stopni. Przez większość czasu karta zachowuje wysoką kulturę pracy, ale po przekroczeniu obciążenia na poziomie 75-85% szykujcie się na istną suszarkę. W identycznych warunkach iChill GTX 1070 Ti to prawdziwa ostoja spokoju.

     
    Ze strony producenta możecie pobrać autorskie oprogramowanie Inno3D TuneIT, służące do podkręcania i kontroli podświetlaniem LED. W tym drugim przypadku zmianom może ulec jedynie logo na boku chłodzenia – tryb i kolor wyświetlania. Diody obok wentylatorów zawsze świecą delikatnym, pulsującym pomarańczowym światłem. Sam program może nie jest estetycznie tak atrakcyjny, jak choćby MSI Afterburner, ale spełnia swoją rolę należycie. Udostępnia choćby uproszczony i zaawansowany panel OC. Korzystając z szybkiego podkręcenia o 10% wydajności uzyskane wyniki wyglądały tak:

     
    Krótko podsumowując
    Nie raz pewnie słyszeliście stwierdzenie, jakoby dołożenie mocnej karty graficznej do starego komputera, powinno załatwić problem malejących klatek na sekundę proporcjonalnie do ilości pojawiających się nowych tytułów. Mój mały eksperyment pokazał jednak, że różnice nie muszą być wcale porażające. Oczywiście powyższy przykład jest w pewien sposób abstrakcyjny, ale pozwala zobrazować problem wspomnianego „wąskiego gardła”. W ramach ciekawostki, czy właściciele i7 Haswell Refresh mogą wciąż spać spokojnie? A może powinni rozważyć już zmianę na nowszą platformę Intela? Po odpowiedź sięgnijcie do poniższego

    Karty zostały przetestowane w zaledwie kilku grach, a jak wiemy branża elektronicznej rozrywki oferuje dziesiątki tysięcy pozycji. Każda z nich charakteryzuje się innym poziomem optymalizacji, czasem nawet jej totalnym brakiem. Maniakalna fiksacja gracza na punkcie najwyższych detali, także nie jest zdrowym objawem. W grę wchodzi jeszcze dopracowanie konkretnych sterowników, systemu operacyjnego oraz BIOSU płyty głównej i GPU. Mamy jeszcze zagadnienie samego hardware i jego kompatybilności. Wszakże moja płyta główna Gryphon posiada starszy slot PCIe 3.0 o mniejszej przepustowości danych niż aktualne rozwiązanie.
     
    Składając komputer trzeba brać pod uwagę tyle zmiennych, że przy stosunkowo ograniczonym budżecie, jest niemal niemożliwym skonfigurowanie uniwersalnego zestawu. W jednej grze można zyskać, podczas gdy w innej rezultaty nie będą zadowalające. Czego zatem można być pewnym? 8 GB pamięci RAM wciąż w zupełności wystarczy do komfortowej zabawy. Jednocześnie za wszelką cenę lepiej unikać łączenia budżetowych procesorów i topowych układów graficznych, celem bicia rekordów wyświetlanych klatek w najwyższych ustawieniach.
  16. Sirck
    Urządzenia ASUSTOR z serii AS31 to NAS-y, od których warto zacząć przygodę z tego typu sprzętami. Producent odświeżył model AS3102T, który otrzymał dopisek v2. Co zmieniło się względem pierwszej wersji i jak wypada nowy serwer NAS?
     
    Dawno temu tajwański producent wypuścił na rynek dwa modele NAS AS3102T i AS3204T o przeznaczeniu domowym. Ich zastosowanie upatrywano w przechowywaniu oraz odtwarzaniu multimediów, jak i typowej pracy biurowej z możliwością dostępu do wielu kont. Głównymi atutami były: przystępna cena oraz wszechstronność. Czas płynie nieubłaganie, dlatego aby dotrzymać kroku konkurencji ASUSTOR postanowił odświeżyć oba urządzenia. Tak powstała rewizja v2, posiadająca kilka istotnych zmian względem swoich poprzedników.
     

     
    Dobre wrażenie
     
    Do moich łapek wpadł dwudyskowy NAS AS3102T v2. Model AS3204T obsługuje natomiast do czterech dysków, choć na tym nie kończą się różnice. Testowany egzemplarz można nabyć w przedziale cenowym 950-1300 zł. W odświeżonym modelu względem wcześniejszej wersji otrzymujemy dwa gigabitowe porty Ethernet. Można użyć je dwojako: podpiąć NAS do różnych urządzeń jednocześnie lub oba porty sparować z jednym routerem, celem wykorzystania agregacji łącza, otrzymując transfer na poziomie 2Gb/s. Na tym nie koniec dobroci. Producent zadbał również o uwzględnienie sprzętowego wsparcia dla instrukcji Intel AES-NI, co przyspiesza szyfrowanie i odszyfrowywanie danych.
     
    Z dostępnych złącz dostępne są jeszcze trzy porty USB 3.0 (dwa z tyłu, jedno na froncie), a także port HDMI 1.4b. Nie przewidziano złącza optycznego dla sprzętu audio, choć w zamian urządzenia Asustor są kompatybilne z szeroką gamą przetworników DAC USB. Dzięki temu mogą być łatwo zintegrowane z dowolnym zestawem audio HiFi. W opakowaniu, oprócz samego dysku sieciowego znalazłem jeszcze skrótową instrukcję, płytę CD z potrzebnym oprogramowaniem, dwa przewody sieciowe CAT5/e oraz zasilacz.
     
    Jeśli idzie o ogólną jakość wykonania względem AS3102T v2 nie można mieć większych powodów do narzekania. Obudowę, otwieraną po odkręceniu dwóch szybkoskrętek, wykonano z tworzywa sztucznego. No froncie, oprócz portu USB, umieszczono diody LED informujące o stanie urządzenia. Włącznik przeniesiono na tył NAS-a. Ogromną zaletą są niewielka waga i kompaktowe rozmiary wynoszące odpowiednio: 165 x 102 x 218 mm.
     

     
    O specyfikacji słów kilka
     
    ASUSTOR stawia na komponenty firmy Intel. Dlatego w środku AS3102T v2 umieszczono dwurdzeniowy procesor Celeron o bazowym taktowaniu zegara 1.6 GHz. Całość chłodzi wentylator o średnicy 70 mm, który obraca się z prędkością ok. 700 RPM. Generalnie NAS cechuje się wysoką kulturą pracy. Jednostkę centralną zabezpieczono wyłącznie aluminiowym radiatorem. Temperatura CPU przez większość czasu będzie utrzymywać się na poziomie 60 stopni Celsjusza. Warto wspomnieć, że AS3204T dla odmiany napędza czterordzeniowy Celeron.
     
    Oba NAS-y wyposażono w 2GB DDR3L pamięci RAM. W odróżnieniu do niektórych droższych rozwiązań tajwańskiego producenta w tym konkretnym przypadku nie ma możliwości rozbudowy pamięci operacyjnej. Została ona na stałe wlutowana w płytę główną. Słowem wypadałoby wspomnieć jeszcze o poborze energii. Typowe zużycie, z dwoma dyskami HDD, wynosi około 16,8 W. Podczas uśpienia niewiele ponad 1 W, a wybudzenie, choćby za sprawą Wake-on-LAN (WOL), to kwestia kilku chwil.
     

     
    Specyfikacja sprzętu:
    Procesor: dwurdzeniowy Intel Celeron, 1,6 GHz Pamięć: 2 GB RAM DDR3L Zatoki: 2x SATA III 6 Gb/s; 3,5" HDD Maksymalna pojemność wewn.: 28 TB (2 x 14) Porty: 3x USB 3.0, 2x Gigabit Ethernet, 1 x HDMI 1.4b Zasilacz + chłodzenie: 65 W + 70 mm

     

    Duża pojemność – czyli ile?
     
    Testowany NAS ukrywa w środku dwa porty SATA3 6Gb/s. Zasadniczo można do nich podpiąć dowolny rodzaj dysku twardego, od starszych i poczciwych konstrukcji SATA po współczesne HDD przygotowane specjalnie do współpracy z tego typu urządzeniami. O kompatybilności z poszczególnymi modelami można poczytać na stronie producenta. Egzemplarz testowy został dostarczony z dwiema jednostkami WD RED 2.0 TB (WD20EFRX) skonfigurowanymi w RAID1 (drugi dysk służy do zabezpieczenia danych z pierwszego, tzw. mirroring). Z dostępnych opcji konfiguracji dysków są jeszcze RAID 0, JBOD i pojedynczy HDD. Seria AS31 nie przewiduje funkcji Hot Swap, czyli podmiany dysku w czasie pracy urządzenia.
     

     
    Maksymalna pojemność testowanego egzemplarza wynosi 28 TB, plus z użyciem portu USB można użyć stacji rozszerzeń na czternaście dysków o łącznej pojemności 196 TB. Oczywiście w domu taka ilość jest raczej przesadą i zainteresują się tym wyłącznie wyspecjalizowane firmy.
     
    Transfery pod lupą
     
    Test został przeprowadzony przy bezpośrednim połączeniu z komputerem stacjonarnym, gdzie za magazyn danych służą trzy dyski Samsung HD502HJ (JBOD). Natomiast szersza komunikacja realizowana była przez łączność Wi-Fi za pośrednictwem domowego routera Huawei B315s. Dodatkowo do przetestowania sprawności portów USB w NAS-ie posłużono się dyskiem WD My Passport. Z komputerów kopiowano kolejno: duże pliki ISO i wideo, paczkę 100 plików muzycznych oraz kompilację około 1000 zdjęć.
    Zapis do AS3102T z PC (pliki ISO, wideo): 102 MB/s Zapis do AS3102T z PC (pliki MP3, JPG): 55 MB/s Zapis do PC z AS3102T (pliki ISO, wideo): 78 MB/s Zapis do PC z AS3102T (pliki MP3, JPG): 60 MB/s Zapis do AS3102T z WD My Passport (plik ISO 7.5GB): 52 MB/s Zapis do WD My Passport z AS3102T (plik ISO 7.5GB): 65 MB/s

     

    Jak to wszystko skonfigurować?
     
    Osobom nowym w temacie należy przypomnieć, że dyski twarde należy kupić niezależnie względem NAS-a. Dlatego uzyskane powyżej wartości najlepiej traktować orientacyjnie. Do testów AS3102T v2 miał już zainstalowany główny system operacyjny ADM w wersji 3.2.6. W warunkach domowych proces instalacyjny nie jest przesadnie skomplikowany i można go zrealizować nawet z urządzenia mobilnego. W gotowym sprzęcie ogromną rolę odgrywa usługa Centrum Aplikacji. Pozwala ona skorzystać z dziesiątków darmowych programów, mogących pomóc wykorzystać w codziennych zadaniach potencjał AS3102T v2. Programy podzielić można na cztery podstawowe grupy: multimedia (lokalne odtwarzacze), media serwer (zdalne odtwarzanie multimediów), bezpieczeństwo (antywirusy, szyfrowanie danych, narzędzia do monitoringu), kopie zapasowe i synchronizacja (m.in. synchronizacja z dyskiem Google, Dropbox itd.). Ogólnie aplikacji typowo biurowych czy służących do rozrywki (przykładowo emulatory) jest jednak znacznie więcej.
     

     
    ASUSTOR AS3102T v2 można wykorzystać na trzy sposoby. Pierwszym będzie podpięcie urządzenie do routera, co daje nam zdalny wgląd do plików z wielu urządzeń, również poza naszą siecią domową, o ile ma ona dostęp do Internetu. Oferowane programy ułatwiają konfigurację do tego stopnia, że poradzi sobie z tym każdy laik. Następnie NAS można podłączyć bezpośrednio do komputera. Nic nie szkodzi również aby wykorzystać obie opcje. Ostatnia możliwość, to użycie AS3102T v2 bezpośrednio z telewizorem lub monitorem. Dzięki portom USB podepniecie do niego klawiaturę i mysz, a tym samym sprzęt zamieni się w pełnoprawny komputer.
     
    Konfigurując swojego NAS należy jednak pamiętać o kilku podstawowych kwestiach. Przede wszystkim należy zadbać o należytą infrastrukturę sieciową. Mój domowy router Huawei B315s nie spełnił powierzonego zadania, bowiem transfery danych za pośrednictwem Wi-Fi nie przekraczały 10 MB/s. Do streamingu muzyki na urządzenia mobilne taka wartość jest zupełnie wystarczająca, ale przy przesyłaniu dużych ilości danych frustracja będzie gwarantowana. Pamiętajmy jeszcze, aby korzystać z przewodów sieciowych klasy CAT 5/e, bo inaczej potencjalne transfery danych będą dalekie od pożądanych. Bolączka będzie tym bardziej doskwierać, gdy z zasobów zechcą skorzystać dwa lub więcej urządzeń. Wtenczas przestoje w transmisji danych są bardziej niż gwarantowane.
     

     
    Podsumowanie
     
    Reasumując ASUSTOR AS3102T v2 jest ciekawym sprzętem w dość przystępnej cenie. Powinien on zainteresować osoby posiadające własne biuro. Dostępna maksymalna przestrzeń 28 TB na dokumenty, grafiki i inne ważne pliki, w zupełności wystarczy. Produkt spodoba się także osobom, które mają bogatą bibliotekę multimediów i zależy im na dostępie do niej z dowolnego urządzenia w dowolnym czasie. Odstawienie na bok przenośnego dysku czy pendrive na dłuższą metę ułatwia życie.
     
    Poprawiona wersja AS3102T to urządzenie o wielu zaletach. Przede wszystkim ciche, wydajne, gdzie nawet dostępna pamięć 2GB RAM nie utrudnia płynności działania. Świadczy to m.in. o dobrej optymalizacji oprogramowania dostarczanego przez producenta. Transfery przez port USB mogłyby być trochę szybsze, ale ogólne dostępne prędkości transmisji danych powinny być satysfakcjonujące dla większości użytkowników. Jest to sprzęt wart polecenia.
  17. Sirck
    Elektronika na przestrzeni lat rozwinęła się niesamowicie. Towarzyszy nam dzisiaj wszędzie, otacza nas zarówno w domu, jak i w pracy. Niestety, nie jest odporna na wahania napięcia w sieci elektrycznej i jej przeciążenia. W takich właśnie chwilach zasilacze awaryjne mogą okazać się niezwykle przydatne.
     
    Zasilacze awaryjne, potocznie nazywane UPS (uninterruptible power supply), do niedawna kojarzyły się wyłącznie z profesjonalnym zastosowaniem. Jednakże, rozwiązanie to staje się coraz bardziej popularne. Dobrym przykładem może być seria zasilaczy PowerWalker VI GX, która została zaadresowana między innymi do graczy – zarówno tych PC-towych, jak i konsolowych. UPS do zastosowań gamingowych powinien być wyposażony między innymi w funkcję APFC, która jest standardem w najlepszych komputerowych zasilaczach.
     
    Pierwsze wrażenia
     
    PowerWalker VI 1200 GX FR przyjechał do mnie w kartonie pokaźnych rozmiarów. Po jego otworzeniu, prócz samego UPS-a, moim oczom ukazał się jeszcze przewód USB typu B, karta gwarancyjna i instrukcja obsługi. Całość wykonana została głównie z tworzywa sztucznego. Wymiary zasilacza to: 139 x 195 x 364 mm. Całkowita waga to z kolei około 8.5 kg.

     
    Sprzęt został zaprojektowany z myślą o jak najdokładniejszym spasowaniu elementów, zachowując jednocześnie interesujące, acz nie krzykliwe wzornictwo. Na froncie umieszczone są kolejno: włącznik, dwa porty USB typ-A do ładowania (5V/2A) oraz uproszczony wyświetlacz LCD. Z tyłu natomiast ulokowano: port USB typ-B, dwa porty RJ-45, wyjścia CEE 7/5 (typ E) x4 i kabel zasilający o długości 1.5 metra z końcówką CEE 7/7.
     
    Set-up sprzętu
     
    Na początek UPS należy podłączyć do sieci elektrycznej. Po krótkiej chwili ekran LCD rozbłyśnie jasnym błękitem i wyświetli podstawowe informacje. Dwie główne wartości po lewej stronie informują o poziomie napięcia w sieci oraz napięcia dla podpiętych urządzeń do wyjść CEE 7/5. Zasilacz awaryjny będzie współpracować z dowolnym typem akcesoriów, od komputerów, konsol, zestawów audio czy telewizorów. Jednakże, według zaleceń producenta, należy unikać parowania ze sprzętem AGD. Należy również mieć na uwadze, że UPS serii VI GX zaprojektowany został z myślą o użytku domowym. Dlatego nie powinno się podpinać wyspecjalizowanej aparatury w postaci sprzętu medycznego.

     
    Co jeszcze oferuje produkt firmy PowerWalker? Zastosowana funkcja AVR (Automatic Voltage Regulation) służy do automatycznej regulacji napięcia wyjściowego. Urządzenie dzięki zastosowaniu systemu stabilizacji AVR, doskonale sprawdza się jako zasilanie awaryjne w domach jednorodzinnych lub miejscu pracy – sklep, biuro, punkt obsługi. Funkcja "Zimny start" pozwala na uruchomienie zasilacza bez podłączenia go do sieci elektrycznej. W chwili, gdy wydajny komputer działa pod dużym obciążeniem i nastąpi zanik prądu (trwający nawet dziesiętną część sekundy) lub inne poważne wahania w sieci elektrycznej, może dojść do resetu. Między innymi z tego powodu przydaje się funkcja APFC.
     
    Specyfikacja:
    Typ: Line-Interactive Moc: 1200VA / 720W Współczynnik mocy: 0.60 Zakres napięcia wejściowego: 172-280 VAC ±7% Częstotliwość: 50Hz lub 60Hz Nominalne napięcie wyjściowe: 230 VAC Informacje dodatkowe: 1Gigabit network surge protection Wyświetlacz LCD: AVR mode, Battery mode, Load level, Battery capacity, Input voltage, Output voltage, Overload alarm, Fault alarm, Low battery alarm Wydajność: LINE mode full Load: 95.0% Baterie: 2x 12V/7Ah Napięcie DC: 2 x 12V Czas ładowania: 2-4h do 90% CEE 7/5 (Type E): 4 Wejście: CEE 7/7 Oprogramowanie: WinPower Szerokość: 139 mm Wysokość: 195 mm Głębokość: 364 mm Waga: 8.6 kg


     

    Mnogość możliwości
    Do omawianego zasilacza awaryjnego podpiąłem komputer stacjonarny, monitor o przekątnej 27 cali, konsolę Xbox One oraz NAS ASUSTOR AS4004T. Porty USB na froncie wykorzystałem do ładowania telefonu lub kontrolera konsoli Xbox. Dodatkowo dwa porty LAN o przepustowości 1000 Mbps mają za cel przesyłać „czysty” sygnał sieciowy z modemu do komputera. W ten sposób zapewniamy sobie również ochronę komputera przed przepięciami także występującymi w przewodach sieciowych.

     
    O zaistniałych problemach na bieżąco informuje donośny alarm dźwiękowy:
    Dźwięk, co 10 sekund – praca na baterii, Dźwięk, co 1 sekundę – niski stan baterii, Dźwięk, co 0.5 sekundy – przeciążenie, Stały sygnał dźwiękowy – poważny błąd systemu lub usterka.

    Do komputera podpięto (załączony do zestawu) kabel USB typu B w celu monitorowania jego stanu. Interfejs HID pozwala na podstawową funkcjonalność bez konieczności instalowania oprogramowania producenta. W tym konkretnym przypadku Windows 7 wykrył UPS VI 1200 GX FR, jako akumulator, pokazując w pasku zadań stan postępu ładowania – tak, jak w notebookach.

     

    PowerWalker na oficjalnej stronie udostępnia oprogramowanie o nazwie WinPower, zgodne z m.in. Windows, Linux oraz Mac OS. Na pozór prosta aplikacja, posiadająca interface w języku polskim, udostępnia szereg funkcji skrojonych głównie w celu pełnej diagnostyki. Chodzi nie tylko o informacje o stanie baterii, ale i obciążenia całego systemu w danej chwili. Co więcej, użytkownik otrzymuje Dziennik Zdarzeń (przegląd zarejestrowanych awarii i zakłóceń), przeglądarkę Dziennika Danych, harmonogram testów i samodzielnego wyłączenia systemu. Na koniec dodatkowo można zdefiniować alerty, np. podczas naszej nieobecności, które w razie potrzeby zostaną dostarczone np. drogą mailową.
     
    PowerWalker w akcji
     
    Jednym z głównych powodów zakupu UPS będzie oczywiście funkcja awaryjnego zasilania w przypadku odcięcia dostaw prądu. W normalnych warunkach całościowa moc 720W powinna pozwolić zasilić niewielką stację roboczą lub solidny zestaw gamingowy złożony z topowego procesora oraz wydajnych kart graficznych połączonych metodą SLI lub CrossFire.


     
    Testy wykonałem przy użyciu komputera stacjonarnego o następującej specyfikacji: i5, GTX 1070, SSD, 4x HDD oraz monitora Philips 275C. Dodatkowo użyto dysk sieciowy ASUSTOR oraz konsolę Xbox One pierwszej rewizji. Orientacyjny czas pracy na baterii wygląda następująco:
    Komputer stacjonarny w spoczynku + monitor (jasność 15%): do 35 minut, Komputer stacjonarny pod obciążeniem + monitor (jasność 15%): poniżej 10 min, Konsola Xbox One: do 30 minut, NAS ASUSTOR AS4004T: do 1,5 godzin.

     

    "Komu to potrzebne"?...
     
    UPS PowerWalker VI 1200 GX FR posiada szeroki wachlarz funkcji możliwych do skonfigurowania z poziomu komputera. Z pewnością znajdzie zainteresowanie wśród entuzjastów gamingu i technologii, którzy wydali niemało na swoje sprzęty i chcą je uchronić przed niebezpiecznymi skokami napięcia, przy zachowaniu należytej wydajności całej konfiguracji. Trzeba w tym miejscu podkreślić, że należałoby zainwestować w zasilacz awaryjny o dużo większej mocy, niż maksymalny chwilowy pobór prądu komputera (minimum dwukrotność rzeczywistej mocy).
     
    W awaryjnych sytuacjach UPS jest w stanie zapewnić odpowiednio dużo czasu, aby użytkownik mógł zapisać swoją pracę – wykonywany projekt graficzny, edytowany dokument, czy stan rozgrywki w ulubionej grze. Co więcej, produkt jak najbardziej nadaje się do użytku w serwisach lub dla osób naprawiających sprzęt komputerowy na własną rękę. Mowa tu np. o aktualizacji BIOS/UEFI, która potrafiła być tragiczna w skutkach przy choćby chwilowej przerwie w dostawie prądu. Nie trzeba już obawiać się takich sytuacji. Wykorzystanie sprzętu jakim jest PowerWalker VI 1200 GX FR zależy w głównej mierze od inwencji użytkownika, gdyż możliwości jest naprawdę wiele.
  18. Sirck
    Nie oceniajmy książki wyłącznie po okładce. Router RO-120GE może i prezentuje się dość skromnie na tle konkurencji, ale w istocie to bogato wyposażony sprzęt z obsługą którego poradzi sobie każdy laik.
     
    Dzięki wykorzystaniu standardu AC1200 do dyspozycji są nie tylko dwa pasma transmisji, ale i zwiększona wydajność oraz zasięg sieci bezprzewodowej w zatłoczonym paśmie 2.4GHz. Tym sposobem można cieszyć się dostępem do szybkiego Internetu bez niechcianych opóźnień czy irytujących zastojów. Właściwości te można docenić szczególnie grając online większą ilością osób lub streamując materiały wideo w wysokiej rozdzielczości. Czas zacząć jednak od podstaw, czyli…
     
    Skromny początek
     
    Router nabywamy w niewielkim, niebieskim kartonie. Po jego rozpakowaniu nie spodziewajcie się oszałamiającego zestawu akcesoriów. Prócz samego routera w opakowaniu znajduje się 8-mio żyłowy przewód LAN o długości 1.5 metra, zasilacz, skrótowa instrukcja i karta gwarancyjna. Zasadniczo konsument więcej do szczęścia nie potrzebuje, to też można od razu przystąpić do konfiguracji.
     

     
    Nim jednak to nastąpi, pora przyjrzeć się samemu sprzętowi. Wymiary skrzynki to odpowiednio: 107 x 140 x 30 mm. Waga nie przekracza 400 g. Całość wykonano z białego, połyskującego plastiku zachowując minimalizm detali. Dzięki temu router idealnie wkomponuje się w każdą przestrzeń, niezależnie czy jest to pokój gracza, czy biuro szanowanego biznesmena. Na froncie standard – diody sygnalizujące stan pracy. Z tyłu natomiast, oprócz gniazda zasilania i przycisku on/off umiejscowiono jeszcze cztery Gigabitowe porty LAN i port WAN. Z boku dyskretnie ukryto przycisk Wi-Fi oraz WPS. Ale zaraz, gdzie schowano przycisk Reset? Znajduje się on pod spodem, zaraz obok etykiety opisującej domyślne ustawienia sieci oraz zaczepów dla kołków (montaż naścienny). Mojej uwadze nie umknęły także dwie anteny, ale o ich właściwościach więcej za chwilę.
     

     
    Specyfikacja i możliwości:
    Liczba portów: 4x Gigabit LAN + 1x WAN Częstotliwość sieci: 2,4 GHz i 5 GHz Prędkość transmisji 2.4Ghz: do 300 Mbps Prędkość transmisji 5Ghz: do 867 Mbps Chipsety: RTL8197FS, RTL8367, RTL8812BRH Rodzaj anten: dwie przymocowane na stałe. Standard 2T2R MIMO Moc anteny: 5 dBi

    Wewnątrz zamontowano podzespoły marki Realtek. Chodzi oczywiście głównie o chipsety zarządzające bezprzewodową transmisją i nie tylko. Urządzenie posiada ponadto 8 MB własnej pamięci Flash, natomiast całością zarządza autorski system bazujący na kodzie źródłowym Linuxa. Pozostałe właściwości? Wspomniałem już o dwóch antenach czyli standardzie MIMO, który ma na celu wzmacnianie nadawanego i odbieranego sygnału Wi-Fi. Na tym nie koniec, bowiem gdy w pobliżu występuje nadmiar bezprzewodowych sieci urządzenie modyfikuje częstotliwość połączenia w taki sposób, aby ograniczyć ich niekorzystny wpływ zachowując należytą stabilność łącza. Router posiada także sprzętowy, a nie programowy NAT (konwersja adresów sieciowych).
     


     
    Dzięki formowaniu wiązki (beamforming) potrafi ukierunkować transmisję bezprzewodową bezpośrednio na łączące się z nim urządzenia. Warto jeszcze wspomnieć o VLAN, czyli konfiguracji wirtualnych sieci odseparowanych od domowej lub biurowej infrastruktury sieciowej. Przykładowo dzięki funkcji gościa można stworzyć do czterech dodatkowych sieci bezprzewodowych w miejscach często odwiedzanych: sala wykładowa, konferencyjna itp. Natomiast funkcja WPS 2.0 powinna ułatwić dostęp do głównej sieci, bowiem przytrzymując przycisk WPS z boku obudowy, konkretny komputer może zalogować się bez konieczności wpisywania hasła. Szybko i bez komplikacji.
     
    Konfiguracja
     
    Po zapoznaniu się z ogólnymi możliwościami w końcu można przejść do konfiguracji routera Lanberg RO-120GE. Może on pracować w następujących trybach:
    zwyczajny router Wi-Fi, WISP (odbieranie sygnału od dostawcy Internetu drogą radiową), repeater (zwiększa zasięg sygnału), punkt dostępu (AP), klient Wi-Fi.

     


     
    Aby uzyskać dostęp do panelu sterowania należy otworzyć dowolną przeglądarkę internetową i podać stosowny adres IP (przykład: 192.168.1.1). Następnie wpisać domyślne hasło i login. Oczywiście wszystkie potrzebne informacje dostępne są na spodzie routera, zaś kwestie logowania można później dowolnie zmodyfikować, co oczywiście zaleca się uczynić. Osoby będące na bakier z językami obcymi od razu uspokajam, że interface należycie przetłumaczono na polski.
     

     
    Z boku zamieszczono menu z rozwijanymi sekcjami. Po kliknięciu w każdą otwierają się dodatkowe opcje, a główne wartości zostaną wyświetlone po środku ekranu. Funkcje zaawansowane ukryto nieco niżej w każdym oknie w postaci klikalnych box’ów. Użytkownik nie posiadający kompleksowej wiedzy nie musi zasadniczo zaprzątać sobie nimi głowy, bowiem domyślne ustawienia wystarczą w zupełności do działania sieci w obrębie domu. W razie potrzeby dość przydatnym okaże się obsługa protokołu TR-069. Jest to standard pozwalający naszemu dostawcy Internetu na zdalną konfigurację routera w celu osiągnięcia optymalnej wydajności, bez konieczności ingerencji ze strony właściciela sprzętu.
     

     


    Siła sygnału dla sieci 5.0 GHz. Odległość od routera 10m


     

    RO-120GE radzi sobie dobrze z agregacją łączą. Chodzi oczywiście o tryb QoS, dzielący dostępny transfer między aktywne urządzenia. W praktyce nie powinniśmy odczuwać żadnego dyskomfortu, gdy przykładowo gramy online na konsoli lub PC, przy jednoczesnym streamowaniu filmu z Netflixa na telewizorze tudzież archiwizując pliki na prywatnym dysku sieciowym typu NAS. Chcąc uzyskać jeszcze lepsze rezultaty warto korzystając z obu dostępnych pasm. 2.4 GHz idealnie nadaje się do konfiguracji sieci z dostępem do Internetu. Natomiast 5.0 GHz, biorąc pod uwagę przepustowość ponad 800 Mbps, w przestrzeni biurowej spełni swoją rolę dla wspomnianej archiwizacji plików na zdalny dysk sieciowy. Najnowsze modele NAS np. Asustor posiadają zdolność agregacji łącza, czyli wykorzystując trzy porty LAN można uzyskać jeszcze lepsze transfery oszczędzając czas.
     

     


    Siła sygnału dla sieci 2.4 GHz. Odległość od routera 10m


     

    Przemyślenia końcowe
     
    Lanberg RO-120GE mimo niepozornego wyglądu potrafi pozytywnie zaskoczyć. Również atrakcyjnie wygląda cena, oscylująca w zależności od sklepu w granicach 150 zł. Nie jest to majątek za urządzenie sieciowe, a dzięki takiej inwestycji można w prosty sposób skonfigurować sprawnie działającą sieć w obrębie domu lub biura. Warto mieć to na uwadze, bowiem współcześnie mamy zwyczaj otaczać się coraz większą liczbą gadżetów wymagających dostępu do Internetu. Reasumując: nie ma co przepłacać za router, skoro dla użytkownika nieprofesjonalnego wyżej testowany router Lanberg potrafi spełnić pokładane zadania w 100%.
  19. Sirck
    Rynek NAS-ów rośnie w oczach. Nic, więc dziwnego, że producenci prześcigają się w nowinkach. Równo rok po premierze serii Nimbustor firma Asustor prezentuje rozwiązanie o nazwie Lockerstor. Na przykładzie czterokieszeniowego modelu AS6604T przyjrzę się, co nowego oferuje debiutancka seria względem wcześniejszych domowych serwerów.
     
    Nimbustor do potęgi drugiej
    Asustor postanowił nieco namieszać w swojej ofercie. Jej podstawę, zasadniczo niemal w każdej rodzinie produktów, od zawsze stanowiły NAS-y z dwiema i czterema kieszeniami. Ich różnice polegały jednak nie tylko na ilości dysków montowanych we wnętrzu urządzenia. Dwukieszeniowy wariant prosto z fabryki zawsze miał mniej pamięci RAM i słabszy dwurdzeniowy procesor. Lockerstor zrywa z tą tradycją. Jednocześnie Asustor ponownie skorzystał z podzespołów Intela. Ogólnie w AS6602T oraz AS6604T do wysuwanych kieszeni montujemy dyski HDD lub SSD. Klasyk. Nowością natomiast są ukryte pod aluminiową obudową korpusu dwa gniazda M.2 2280 obsługujące standard NvMe oraz SATA. Aby się do nich dobrać należy odkręcić wcześniej trzy śrubki z tyłu NAS-a celem usunięcia całej pokrywy. Tak zamontowany dysk półprzewodnikowy konfigurujemy, jako bufor danych dla odczytu i zapisu danych.

    AS6604T wyposażono w 4GB SO-DIMM DDR4 2400MHz. Do tego NAS posiada dodatkowe wolne gniazdo na kość RAM. Tym sposobem pamięć można rozbudować do maksymalnie 8GB. Podwojeniu uległa również pamięć flash eMMC posiadając obecnie objętość 8GB. Do tego wisienką na torcie będą procesory. Przykładowo w Nimbustor 4 montowano Celeron J4105 o taktowaniu [email protected] GHz. Natomiast w jego kuzynie Lockerstor 4 zobaczymy jednostkę odświeżoną J4125 o nieco wyższym zegarze [email protected] Pozostałe wartości – pamięć cache i TDP pozostały bez zmian. Ten sam CPU powędrował również do mniejszego AS6602T.

    Front każdego NAS-a wykonano z tworzywa sztucznego, plus Lockstore 4 posiada jeszcze wyświetlacz LCD i cztery przyciski do poruszania się po uproszczonym menu. Ponadto reszta pozostała bez mian – włącznik, przycisk do szybkiej kopii zapasowej oraz diody sygnalizujące stan urządzenia. Do tego na froncie mamy USB 3.2 Gen 1 oraz dwa identyczne porty z tyłu. Towarzyszą im HDMI 2.0a i podwójne gniazdo 2.5 Gigabit Ethernet.
     
    Garść testów
    Lockerstor został uzbrojony w dwa dyski SSD Kingston DC500M o pojemności 480 GB. Identyczne nośniki używałem w przypadku urządzeń Nimbustor. Komputer, z jakiego kopiowano i zapisywano dane w tym teście bazuje na i7-4770, dwukanałowej pamięci, płycie głównej Z97 i dysku SSD HyperX 3K.

    Porównanie wykonałem między urządzeniami Asustor i jednym produktem od QNAP. Zasadniczo Lockerstor i Nimbustor radzą sobie niemal identycznie z drobnymi różnicami. Gdzie Lockerstor podkreśla swoją dominację to kopiowanie z kieszeni USB. Niestety w drugą stronę już się nie popisał, wypadając ciut gorzej niż Nimbustor.

    Pobór w spoczynku i trybie standby prezentuje podobny poziom względem serii Nimbustor. Dopiero pod obciążeniem widzimy różnicę, ale nie jest ona kolosalna. Co jednak istotne, mimo że procesory chłodzone są pasywnie (niski, aluminiowy radiator) to temperatury utrzymane są w bardzo rozsądnych granicach. Dla obu urządzeń jest to średnio ~48°C i poniżej 70°C pod obciążeniem. W AS6604T wentylator na tyle obudowy o średnicy 120 mm pracuje z wartością 545 RPM. Delikatny szum poniżej 32dB zaliczam na plus. NAS-a usłyszymy dopiero z bardzo bliska, co oznacza, że w normalnych warunkach nie będą przeszkadzać użytkownikowi.
     
    Użytkowanie
    Jak widać sprzętowo mówimy raczej o delikatnym liftingu, gdzie największą zauważalną zmianą jest dodanie gniazd M.2. Niestety nie miałem wolnych dysków tego typu, aby sprawdzić ich przydatność w duecie z klasycznymi HDD. Chcąc skorzystać z pełni potencjału Lockerstor i jego poprzedników wypada doposażyć się już w sieciówkę 2.5 Gigabit (obecna choćby w płytach głównych B550) oraz odpowiednio sprawny router. Dodatkowe inwestycje warto jednak poczynić w przypadku bardzo intensywnego użytkowania NAS-a przez większą ilość użytkowników. Szczególnie, jeśli w grę wchodzi częste archiwizowanie i udostępnianie dużych pakietów danych.


    Gdy już mamy za sobą kwestie techniczne szybko przekonamy się, że pod względem software Nimbustor i Lockerstor nie wiele się różnią. Testowany model zaktualizowałem do wersji systemu ADM 3.5.1.R8C1. Zauważymy kilka estetycznych zmian, szczególnie w rozmieszeniu i dostępu do niektórych funkcji. Poza tym jest to wciąż ten sam, dobrze znany system uzupełniany o dodatkowe funkcjonalności z darmowej usługi App Central. Zasadniczo wszystko to, co potrafią Nimbustory nowsze urządzenia wykonają bez większego problemu. Tym samym, jeśli przykładowo szukacie bazy danych do magazynowania streamów a zarazem szeroko uzdolnionego hub-a do przesyłania rozgrywki na różne platformy to Lockerstor jest dla Was.

    Oba Lockerstory obsługują kopie zapasowe MyArchive, migawki (Snapshot Center), wszelkiej maści lokalne synchronizacje danych, pełną obsługę iSCSI / IP-SAN i NFS oraz narzędzia do wirtualizacji. Do tego mamy szereg zabezpieczeń, począwszy od wbudowanej zapory ogniowej, serwera VPN, dedykowanego antywirusa a kończąc na szyfrowaniu danych kluczem AES-256. Oczywiście nie mogło zabraknąć całej plejady funkcji multimedialnych do przechowywania i udostępniania zdjęć, muzyki i filmów. Jedyną nowinką na polu software, jaka przykuła moją uwagę, to dość mocno eksponowana współpraca z Adobe. Dzięki temu NAS-y posiadają pełną kompatybilność z Adobe Creative Cloud pod kątem przechowywania, zabezpieczenia i udostępniania projektów graficznych. Bez dwóch zdań jest to funkcja, którą zainteresują się wszelkiej maści profesjonaliści szukający elastycznych narzędzi pracy.
     
    Słowem podsumowania
    Lockerstor 2 i 4 to nic innego jak ewolucja formuły zaprezentowanej dwanaście miesięcy temu przez Nimbustory. Wcześniejsze urządzenia były już na tyle dopracowane, że trudno, aby Asustor wprowadził nowinkę iście zwalającą z nóg. AS6604T to wydatek rzędu 3100 zł, choć już krążą po sieci pierwsze promocje. Jeśli już posiadacie Nimbustor 4, względnie sprzęt o podobnej specyfikacji, to Lockerstor 4 nie będzie aż tak dużym „awansem”. Do tego dość silną konkurencję stanowi o pięćset złotych tańszy Lockerstor 2 o identycznej specyfikacji, acz pozwalający zamontować tylko dwa dyski. Przekłada się to oczywiście na ograniczoną konfigurację RAID – tylko 0 i 1, gdzie „czwóreczka” oferuje już nieco więcej. W warunkach domowych i do celów półprofesjonalnych nie będzie to jednak odgrywać aż tak znaczącej roli.
    Reasumując AS6604T to bez wątpienia sprzęt skierowany do segmentu biznesowego, dla użytkowników oczekujących sporo od sprzętu. Przykładowo serią Lockerstor zainteresują się wszelkiej maści pełnoetatowi twórcy treści od grafików po youtuberów. Jednym słowem sprzęt sprawdzi się tam, gdzie przerzucamy sporą ilością informacji na okrągło, przy jednoczesnym dostępie kilku lub więcej użytkowników. A co wy sądzicie o Lockestor 4? Piszczcie w komentarzach.
  20. Sirck
    Nie czekając zbyt długo przysiadłem do testów RTX 2060, realizując całą procedurę na popularnym procesorze Ryzen 5 3600. Biorąc pod uwagę zajmowany pułap cenowy obu komponentów powinna wyjść nam dość ciekawa kombinacja. Niemniej, aby dodać całości odrobiny pikanterii do wykorzystanego zestawu komputerowego powędruje również GTX 1070 Ti. Przede wszystkim chciałbym przekonać się na własnej skórze jak wypada w praktyce najniższy przedstawiciel rodziny GPU szczycącej się obsługą Ray Tracing. Co zaprezentuje nam na tle „tradycyjnych” układów graficznych? Dzisiejszy pojedynek będzie bardzo zaciekły.
     
    Platforma testowa:
    Procesor Ryzen 5 3600 Płyta główna Gigabyte B450 Pamięć 16GB DDR4 3600 MHz (dual channel) Dysk SSD SATA WD Blue M.2 + Kingston DC500M PSU 650W 80+ Gold Windows 10 1909 + Nvidia Drivers 445.75

    Testy w grach
    Wszystkie testy zostały wykonane na tych samych sterownikach (445.75) w trybie pojedynczego gracza z wyjątkiem Call of Duty, gdzie skupiłem się na najnowszym i darmowym rozszerzeniu Warzone. Poniższe pomiary to mieszanka tytułów czerpiących garściami z korzyści posiadania mocnego CPU oraz pozycje, które dają zdecydowanie większy wycisk na karcie graficznej.

    Tak zaciętej walki już dano nie widziałem. Obie karty graficzne przedstawiają wręcz identyczne możliwości. Wartość 1% low pokazuje dobitnie, że nie ma potrzeby martwić się o przysłowiową "czkawkę". Rzecz jasna każdym z tych testów procesor posiadał jeszcze spory zapas. Różnica w frame time między RTX a Ti była znikoma a obie karty obracały się w okolicach wartości 10 ms. Zatem nieważne, na którą się zdecydujecie w obu przypadkach możecie liczyć na płynną animację bez przycinek. W przypadku obu kart w parze z Ryzenem nie trzeba inwestować w nadzwyczaj szybkie i drogie pamięci RAM. Wartości 3000-3200MHz z niskimi opóźnieniami wystarczą w zupełności. Podczas przesiadki na kartę pokroju 2060 Super lub 2070 Super warto już doinwestować w moduły 3600MHz. Możemy wtedy liczyć na kilkunastoprocentowy wzrost klatek.
     

    O krok dalej, czyli Ray Tracing
    Test karty graficznej z serii RTX nie mógłby odbyć się bez spróbowania odpalenia gier z funkcją ray tracing. Na ten przykład w Call of Duty uruchomienie RT nie wpływa negatywnie na ilość wyświetlanych klatek na sekundę. Zresztą nie ma, co się dziwić. W tym tytule implementacja tego rozwiązania jest jak najbardziej symboliczna.

    Natomiast w Battlefield V gdzieś uciekło 35 klatek na sekundę a frame time z 8ms podskoczył do prawie 20ms. Na koniec oczywiście osławiony Control. Śledzenie promieni zostało uruchomione w całej swojej chwale i średnio 60 klatek wypada uznać za zadowalający wynik.

     
    Nie tylko gramy
    Jak dotąd RTX nie był w stanie definitywnie przekonać mnie do swoich walorów. Testy wykonałem jednak tylko w grach. A co, jeśli przejdziemy do zastosowań profesjonalnych? W ruch poszedł benchmark LuxMark.

    Podczas renderowania trzech różnych scen Turing poradził sobie lepiej niż Pascal. Co ciekawe nawet w jednym teście 1660-tka dość znacznie zbliżyła się do naszego GTX 1070.
     
    Użytkowanie RTX 2060
    Do testów swój egzemplarz zwyczajowo podesłała firma Inno3D. Pod recenzenckie oko trafił model Twin X2 OC RGB. Zastosowane chłodzenie to identyczny wariant spotykany na układach GTX 1660 tegoż producenta. Z boku widnieje nawet napis Geforce GTX. Heh..., kiedyś trafił mi się model 1660-tki, który w tym samym miejscu miał napis RTX. Ktoś albo składa te karty graficzne po kielichu, albo mają po prostu nadmiar jednego typu chłodzenia i tylko żonglują bez większego zastanowienia etykietami. Trudno powiedzieć.

    O ile samo chłodzenie zostało dobrze wykonane, bo, do jakości materiałów i dopracowania detali nie mam jak się przyczepić, tak kultura pracy pozostawia wiele do życzenia. Temperatura dobijała miejscami do 70 stopni Celsjusza, co jeszcze nie jest problemem. Głośność jednak po dłuższej pracy przebijała barierę 45dB. Żeby było tego mało, nim chłodzenie przebije poziom 65°C naprzemiennie nabiera niższych i wyższych obrotów powodując nieprzyjemny efekt. Na tym tle dużo masywniejszy GTX 1070 Ti, zresztą także produkcji Inno3D, to wzór kulturalnej karty. Średnio uzyskiwał 65 stopni pod pełnym obciążeniem, przy hałasie oscylującym w granicach 35dB.

    Bardzo ciekawie wypada kwestia zużycia energii. Na bazie średniej wyciągniętej z siedmiu gier platforma z RTX na pokładzie konsumowała 200W. GTX 1070 Ti w identycznych warunkach oznaczał skok do 236W. Warto dopowiedzieć, że komputer z 1660-tką Super pobierał z gniazdka 184W.
     
    Ogólne przemyślenia
    RTX 2060 to ciekawa propozycja dla graczy chcących uzyskać przyjemne rezultaty w rozdzielczości 1080p z użyciem wysokich ustawień graficznych. Ray tracing również jest w zasięgu ręki. Nie miej w niektórych grach póki, co nie wnosi on aż, tak oszałamiającej różnicy, jak to wcześniej obiecano. Dużo starsze tytuły odpalimy bez większego problemu w 1440p.
    2060-tka wnosi nieco więcej niż podobnie wycenione Radeony, choćby w postaci encodera Nvenc. Docenią go jednak wyłącznie osoby streamujące, plus znajdziemy go na pokładzie każdego "Supera" - nawet najtańszego. Jednocześnie nie uświadczyłem problemów ze sterownikami z czym ostatnio ma pewne problemy AMD. Ogólnie najniższy RTX nie potrzebuje nadzwyczaj mocnego PC, aby pokazać, co potrafi. Względem GTX 1660 Super również potrafi zafundować realny skok w klatach, ale trudno mi ocenić, czy RT jest tą najważniejszą kartą przetargową. Dlatego największym konkurentem wydaje się poprzednia i wcale nie tak powolna generacja Nvidii, której ceny na rynku wtórnym systematycznie lecą w dół.
    Piszczcie w komentarzach, jaka waszym zdaniem jest najciekawsza alternatywa dla RTX 2060 i dlaczego?
  21. Sirck
    Na rynku kart graficznych z początkiem roku 2020 sytuacja nabrała rumieńców. Wszakże nie mamy jeszcze bezpośredniej odpowiedzi AMD na ofertę Nvidii w najwyższym segmencie, ale przedział budżetowych i średnio-pułkowych układów reprezentuje się naprawdę dobrze. Szczególnie po ostatnich rewelacjach związanych z premierą RX 5600 XT i obniżką cen referencyjnych i autorskich modeli EVGA karty RTX 2060. Tym sposobem widzimy pewne poruszenie na rynku komputerowym, gdzie zasadniczo ceny wszystkich podzespołów spadły do naprawdę atrakcyjnego poziomu. Innymi słowy to najlepszy czas, aby złożyć nowiuteńki PC.



    Od przybytku głowa nie boli
    Aktualna ilość dostępnych modeli GPU i to w obrębie jednej generacji czy nawet rodziny potrafi przyprawić o zawrót głowy osoby obeznane w temacie. To, co w takim wypadku mają powiedzieć laicy? Problem z odpowiednim lokowaniem swojego ciężko uzbieranego kapitału jest w tym przypadku realnym czynnikiem opóźniającym modernizację już posiadanego zestawu komputerowego lub złożenie zupełnie nowej maszyny.
    Główną atrakcją testu będzie RTX 2060 Super, będącym w mojej ocenie najwyższym pułapem, w jaki większość graczy powinna mierzyć w przypadku zabawy w 1080p na komputerach z średniej półki. Przy okazji przekonamy się również o sprawności karty w 1440p oraz w standardzie 2160p. Wydawałoby się, że nie można pogodzić karty w granicach 2000 zł i rozdzielczości 4K, ale 2060-tka Super udowadnia zupełnie coś innego. Wszystkie testy zrealizowałem na przeciętnym zestawie komputerowym. W podobną specyfikację zapewne będzie mierzyć spora część konsumentów, zwłaszcza, że i7-8700 pod względem możliwości stoi nieco niżej niż tańszy i bardzo popularny Ryzen 5 3600.



    Przejdźmy do konkretów. Nasz zawodnik w dużej mierze przypomina RTX 2070. Nie chodzi wyłącznie o zrównanie ilości pamięci (8192 MB). Należy brać także pod uwagę zbliżone wartości jednostek teksturujących (136 vs 144), ROP (64 vs 64), jednostek cieniujących (2176 vs 2304) oraz wręcz identyczną przepustowość pamięci (448 GB/s). Pod lupę trafił model Super Gaming OC X2 od firmy Inno3D. Posiada on identyczne parametry, co dość nietypowo prezentujący się Ichill X3 Ultra tego samego producenta. Na śledziu, wzorem większości układów RTX, umieszczono trzy gniazda Display Port oraz jedno HDMI.

    Platforma testowa
    Procesor: i7-8700 Płyta główna: Gigabyte Z390 Gaming X Pamięć: iChill DDR4-3600 16GB Dual Chanel Dysk: Plextor M8Se 512GB NvMe Zasilacz: Deepcool DQ-850-M Obudowa: NZXT H700i Monitor: AOC U3277FWQ




    Bratobójczy pojedynek
    W teście biorą udział wyłącznie karty Nvidii. Niestety do tej pory niemiałem szans na przetestowanie GPU z obozu ATI. Może ten stan rzeczy ulegnie zmianie w tym roku. Na tapetę bierzemy dość ciekawy przekrój układów graficznych, gdzie mamy przedstawicieli z dwóch różnych generacji a także modele posiadające 8GB i 6GB VRAM. Na pierwszy ogień weźmiemy benchmark Superposition, gdzie porównamy układy z rodziny Super.
    Po teście syntetycznym czas na prawdziwy sprawdzian w grach.

    RTX 2060 Super zaprezentował się od bardzo dobrej strony. Na użytej platformie testowej gwarantuje od 100 do 140 klatek, dzięki czemu inwestycja w monitor o wysokim odświeżaniu będzie wskazana. Szczególnie dla bardziej zaawansowanych graczy, podchodzących poważnie do rozgrywki sieciowej. Niemniej GTX 1660 Ti także wypada bardzo dobrze, mimo 6GB pamięci na pokładzie. Pytanie tylko, jak dobrze z tego powodu zniesie próbę czasu? Jednocześnie mimo wieku swojej pozycji dzielnie broni 1070-tka. Zadyszki złapała dopiero w Hellblade.

    W standardzie WQHD zauważamy wyraźną różnicę między 2060-tką a 2070-tką. Co jednak ciekawe w ostatnich przygodach Lary Croft oba Supery zrównały się w generowanej średniej ilości klatek na sekundę. Tak czy inaczej, jeśli macie monitor w standardzie 1440p z wysokim odświeżaniem to warto pomyśleć nad dopłatą do mocniejszej karty. Dla reszty graczy, przede wszystkim delektujących się rozgrywką single player, RTX 2060 Super wystarczy w zupełność.

    Bohater dzisiejszego testu potrafi również pokazać pazur w rozdzielczości 4K. Wszystko jednak zależy od optymalizacji gry i poziomu szaty graficznej tytułu. Dla spokoju ducha w tym segmencie należy jednak wydać nieco więcej na kartę graficzną.

    Dlaczego warto rozważyć kupno 2060 Super a nie przykładowo zwykłego RTX 2070? Przemawia za tym nieco niższy pobór prądu i realnie niższe temperatury, co przełoży się od razu na lepszą kulturę pracy.



    RTX 2060 Super w 2020 roku
    Przetestowana dziś karta graficzna jest w bardzo trudnym położeniu. Nie tylko ma sporą konkurencję we własnym obozie, ale nie zapomnijmy także o ostatnio bardzo udanej ofensywie AMD. Dlatego całość posumowanie ujmę w dwóch klarownych punktach.
    Do większości dostępnych gier na rynku, w przypadku komputerów z średniej półki połączonych z monitorami 60Hz, GTX 1660 Ti stanowi sweet spot dla każdego, kto musi liczyć się z każdą złotówką a nie chce inwestować w sprzęt z drugiej ręki. Z drugiej strony Pascale wciąż radzą sobie bardzo dobrze, co pokazuje przykład GTX 1070 Ti. Dla właścicieli tego GPU przesiadka na model o wyraźnie większych walorach wydajności wiąże się z pokaźnym uszczupleniem portfela. Niemniej zobaczymy, co przyniosą nam najbliższe miesiące, wraz z nowymi premierami i optymalizacją sterowników.
    RTX 2060 Super to znakomity wybór dla każdego gracza posiadającego komputer z średniej półki, połączony z monitorem 144Hz. W rozdzielczości [email protected] koniecznością może okazać się dołożenie do karty o półkę wyżej, ale w tym standardzie bohater tego testu również radzi sobie świetnie. Dlatego ostateczny wybór zależy od oczekiwań, tytułów najczęściej ogrywanych tudzież samego stylu gry a także już posiadanej lub planowanej konfiguracji komputera.


  22. Sirck
    Firma NZXT poszerzyła ofertę obudów i akcesoriów komputerowych. Nie zdążyliśmy dobrze przyzwyczaić się do serii H500 a na półkach sklepowych zagościła już H510. Prócz standardowej obudowy oraz wariantu wyposażonego w smart device, kalifornijska marka oferuje jeszcze wersję „Elite”. Produkt ten wzbudził trochę kontrowersji wśród internautów, dlatego myślę, że warto przyjrzeć się mu bliżej.
    Mówiąc prosto z mostu NZXT H510 Elite tanią obudową nie jest. Ile kosztuje dokładnie? Średnia kwota, jaką przyjdzie wyłożyć za nową skrzynkę, wynosi około 695 zł. Pieniądz to niemały, dlatego wypada sprawdzić, co dokładnie oferuje elitarna wersja 510-tki względem tańszych wariantów oraz starszej 500-tki. Czy cenę uzasadnia jakość wykonania, kultura pracy oraz przewiewny charakter budy a może jest to zwyczajny przerost formy nad treścią?
     
    Szybki unboxing
    Po rozpakowaniu pudła do rąk ląduje kompaktowa obudowa typu Mid-tower ATX o wymiarach 210 x 460 x 428 mm. Do wykonania całej skrzynki posłużyła stal, odrobina tworzywa sztucznego oraz spora ilość hartowanego szkła. Znajdziemy je na bocznym panelu i froncie. Na górnym panelu umieszczono odpowiednio Headset Audio Jack i po jednym porcie USB Typ-A oraz Typ-C. Względem H500 to pierwsza ważna różnica, ponieważ starsza generacja posiada dwa porty USB typu A.
    W kwestii „wentylowania” producent zamontował dwa wiatraki 140mm RGB oraz jedną zwykłą 120-tkę na tyle. Do dyspozycji mamy jeszcze dodatkowe miejsce na wentylator 120/140 mm na górze obudowy. W każdym z tych miejsc oczywiście może powędrować stosowna chłodnica AIO, choć w górnej części akurat nie próbowałbym zbytniej gimnastyki. Sercem H510 Elite jest tak mocno promowany moduł Smart Device V2. Podłączony do płyty głównej portem USB 2.0 zarządza podświetlaniem RGB obudowy a także prędkością wentylatorów. Konkretne parametry zmieniamy z poziomu Windows używając aplikacji CAM.
    Obudowa H510 Elite to konstrukcja dwukomorowa. Osłona zasilacza posiada perforowaną powierzchnię, przez co zasilacz można ułożyć w dwóch pozycjach. Z wnętrza zniknęły dwie kieszenie 2.5” dla dysków, będące charakterystycznym elementem H500. W tej samej komorze, ukryty przed oczami gapiów, znajduje się jeszcze modularny stelaż na dyski twarde. Podobnie jak w przypadku H500 czy H700 ten element wydaje się bardzo budżetowy. Głównie brakuje mi podkładek gumowych redukujących wibracje dysku. W tym samym miejscu przykręcimy oczywiście dyski 2.5”. Dwa dodatkowe miejsca znajdziemy jeszcze nieco wyżej, na ścianie, do której przykręcamy płytę główną. Na koniec pod komputerem znajdziemy odpowiedni filtr przeciwkurzowy.

     
    Składanie komputera
    Mówiąc prosto z mostu składanie całej jednostki było czystą przyjemnością. Do środka powędrowały komponenty NZXT: płyta główna N7, AIO Kraken M22 oraz zasilacz 650W. Na duży plus, jak to zazwyczaj bywa w przypadku NZXT, zasługuje zarządzanie przewodami. Przestrzeń za płytą główną w postaci ok. 20 mm daje sporo miejsca do aranżacji tego, co konieczne do uruchomienia sprzętu. Dla karty graficznej przeznaczono 368.5mm. Zatem wszystkie obecne RTX’y i RX’y zmieszczą się bez problemów. Co ciekawe producent uwzględnił także wertykalny sposób montażu GPU. Dla lepszego wyeksponowania sprzętu jest to ciekawy zabieg. Niestety w kwestii chłodzenia układu graficznego będzie odbijać się negatywnie na temperaturach. Dystans między szklanym panelem a GPU jest zbyt mały.
    Chłodzenie procesora nie powinno być wyższe niż 165mm. W praktyce, zatem zmieścicie całą masę klasycznych coolerów od Arctic, SilentiumPC, be quiet!, Noctua itd. W kwestii chłodzenia klasy All in One mamy dwa rozwiązania. Radiator klasy 120mm możecie rzucić na tył lub na front, choć wtedy musicie liczyć się z koniecznością demontażu wentylatora 140 mm. Na przodzie obudowy producent umieścił zdejmowany stelaż (odkręcamy dwie szybko-skrętki i gotowe), na który bez problemu montujecie chłodnicę 240 mm. Radiator o rozmiarach ~280 mm (FAN 2x 140 mm) także możecie przykręcić, ale trzeba się nieco bardziej nagimnastykować. Przewody górnego panelu skutecznie utrudniają wykonanie zabiegu. Zalecam ich maksymalne dopchnięcie w górę i na prawo. Nie walczcie na siłę ze stelażem, bowiem w taki sposób porysujecie obudowę.

     
    Szybki test H510 Elite
    Komputer testowałem w różnych warunkach sprzętowych. Test uwzględnił codzienną pracę, gaming a także pełne obciążenie. W tym ostatnim przypadku posłużyłem się benchmarkiem Blender wyduszającym ile się da z CPU. Natomiast dla GPU był to Superposition. W skrócie platforma testowa wyglądała następująco:
    CPU: i7-8700 + Kraken M22 GPU: GTX 1070 Ti / RTX 2070 Super Mobo: NZXT N7 Z390 Dysk: Plextor M8Se 512GB NvMe Zasilacz: NZXT E650

    Na pierwszy ogień w testach poszła karta RTX 2070 Super. Jak wiemy RTX to układ bardzo lubiący się nagrzewać pod obciążeniem. Dlatego chciałem przekonać się, jak poradzi sobie z nagromadzonym ciepłem niezbyt wielka obudowa. Szczególnie, że przednie wentylatory zasysają powietrze przez stosunkowo skromne otwory od spodu i prawej strony a tył na poniekąd zasłania chłodnica AIO wsparta wentylatorem 120 mm.
    W spoczynku nie ma żadnych problemów, ponieważ karta w trybie pasywnym nie przekroczy 40°C a procesor 32°C. Pod obciążeniem bywało już różnie. Zależnie wybranego programu tudzież gry karta pracowała w warunkach 75-83°C. Ogólne temperatury i7 podczas gry lub średnio wymagających aplikacji nie przekraczały 68°C. Dopiero benchmark Blender, pracujący przez półtorej godziny, wskazał maksymalną temperaturę 74 Stopni, co i tak oceniam pozytywnie w kontekście tak małego AIO. W dużo większej obudowie H700 miałem wyniki na poziomie 72-74 stopni.
    Przedstawiciel serii GTX 10 w postaci 1070 Ti wypadał zauważalnie lepiej. Karta w większości przypadków nie przekraczała 70°C. Zupełnie osobny problem stanowi natomiast głośność obudowy. Wentylatory na froncie kontrolował „inteligentny moduł” i przez większość czasu generowały one tolerowalny hałas, acz daleko obudowie np. do poziomu prezentowanego choćby przez be quiet! Pod obciążeniem sprawy prezentowały się dużo gorzej. A przypomnę tylko, że domyślnym profilem w aplikacji NZXT był tryb cichy. Co istotniejsze ręczna zmiana krzywej prędkości wentylatorów w CAM nie odnosiła żadnego efektu.

     
    Finalny werdykt
    NZXT starając się poprawić to, co jest już dobre wprowadziło zwyczajny przerost formy nad treścią. Smart Device w swojej wersji drugiej od swojego poprzednika różni się wyłącznie ilością dodatkowych miejsc na taśmy LED i wentylator. Jeśli idzie o zarządzanie chłodzeniem obudowy sprzęt nie robi nic lepiej, czego by nie ogarnęłaby sama płyta główna. Tym samym w mojej ocenie moduł ten sztucznie podbija cenę obudowy, przy okazji nie dając użytkownikowi żadnych korzyści z jego obecności.
    Natomiast, jeśli skupić się na jakości wykonania obudowy a także walorach estetycznych to H510 Elite należy do ścisłej czołówki. To kawałek solidnej, znakomicie prezentującej stali wzbogaconej o hartowane i lekko przyciemniane szkło. Dodatkowo złożenie całego PC zajęło mi około 25 minut. Proces był łatwy do ogarnięcia a samo zarządzanie kablami nie sprawiło większych problemów.
    Niestety w kwestii chłodzenia Elitka nie oferuje niczego ponadto, co może zaprezentować bazowy model H500 i H510, kosztujący obecnie dwukrotnie mniej. Mam tylko nadzieję, że włodarze kalifornijskiej firmy pójdą po rozum do głowy i zapreznetują alternatywę dla Elite w postaci modelu pozbawionego inteligentnego modułu, obniżając tym samym cenę do dużo rozsądniejszego poziomu.
  23. Sirck
    Aby iść w zgodzie z duchem czasu ludzie coraz częściej wybierają wielofunkcyjne zegarki lub nowoczesne smartwatche. Osobiście wolę jednak klasyczną formułę czasomierza ze wskazówkami. Dlatego też zainteresowała mnie hybryda mechanicznego zegarka z funkcjami znanymi ze smartwatchy. Pytanie, czy to strzał w dziesiątkę, czy może jakiś potworek?
     
    Szczęśliwie wpadł mi w ręce MyKronoz ZeTime, dlatego chciałbym przedstawić wam moje wrażenia. Okres czasu w jakim testowałem zegarek to niespełna dwa tygodnie. Zacznijmy zatem od początku. MyKronoz to szwajcarska marka specjalizującą się w smartwatchach oraz smartbandach, czyli inaczej mówiąc “inteligentnych” opaskach. Firma postanowiła jednak zrobić coś niekonwencjonalnego, a mianowicie połączyć zegarek z mechanicznymi wskazówkami z wyświetlaczem oraz funkcjami znanymi ze smartwatchy.
     

     
    Ciekawostką jest, iż marka na początku 2017 roku uruchomiła zbiórkę środków na innowacyjny pomysł hybrydowego zegarka. W serwisie Kickstarter ruszyła akcja, a na rezultaty nie musieliśmy długo czekać - zebrano ponad 6 mln. dolarów! W grudniu zeszłego roku po wielu próbach i zgłaszanych uwagach, do klientów trafił finalny produkt.
     
    Specyfikacja ZeTime’a
     
    ZeTime to flagowy produkt marki. Jest dostępny w rozmiarach Petite 39 mm oraz Regular 44 mm szerokości koperty. Obudowa dostępna jest w kilku wariantach: klasycznym czarnym, tytanowym, srebrnym, różowozłotym i złotym. Rodzaj użytego paska również zależy od upodobań klienta. W ofercie są skórzane i gumowe oraz bransoleta. Rozdzielczość wyświetlacza wynosi 240 x 240 pikseli. Koperta jest wodoodporna według danych producenta aż do 5 ATM, co pozwala zanurzyć zegarek na głębokość do 50 m. Wbudowany akumulator litowo-jonowy ma pojemność 200mAh w wersji Regular i 180mAh w wersji Petite.
     

     
    Dodatkowo zegarek wyposażono w szafirowe szkiełko, które znakomicie spełnia swoją rolę. Nie widać na nim żadnych zarysowań. Wystarczy lekkie przetarcie chusteczką czy jakimkolwiek materiałem aby zetrzeć np. kurz lub odciski palców z ekranu. Kopertę wykonano ze stali nierdzewnej. Z boku zegarka umieszczono dwa przyciski oraz pokrętło. Na spodzie zegarka umieszczone są odpowiednie czujniki i sensor pozwalający korzystać z funkcji pomiaru tętna.
     
    Ogólnie w zestawie otrzymałem zegarek wraz z ładowarką indukcyjną i kablem micro USB. Jednocześnie moim zdaniem przeźroczyste pudełko o okrągłym kształcie niewystarczająco podkreśla atuty zegarka takiej klasy.
     
    Pierwsze wrażenia, konfiguracja i funkcje
     
    Przejdźmy do wrażeń z użytkowania oraz oceny funkcjonalności ZeTime. Kiedy decyduję się na zakup zegarka, nieważne czy to smart, czy zwykły, pierwszym aspektem na jaki zwracamy uwagę jest design. ZeTime doskonale łączy ze sobą elegancję oraz praktyczność w codziennym użytkowaniu. Pasuje do marynarki, lecz równie dobrze wygląda w casualowym stylu.
     
    Aby w pełni wykorzystać potencjał ZeTime musimy go sparować ze smartfonem za pomocą odpowiedniej aplikacji. Proces parowania zegarka odbywa się błyskawicznie tak samo, jak aktualizacja oraz konfiguracji. Jeśli zegarek ma odpowiednio działać musimy jeszcze wykalibrować wskazówki ręcznie lub za pomocą aparatu w telefonie.
     

     
    Dalej przechodzimy do konfiguracji wyglądu smartwatcha i wybieramy wzór tarczy. Możemy przebierać dużą liczbą dostępnych wzorów. Co ciekawe, ZeTime oferuje nam również możliwość stworzenia własnej konfiguracji tarczy. Przykładowo własnoręcznie wykonane zdjęcie na telefonie ustawimy jako tło tarczy.
     
    Jakie informacje zobaczymy na cyferblacie? Zegarek wyświetla choćby przebytą odległość i liczbę kroków. Z dodatkowych opcji, które wzbudziły moją ciekawość, jest funkcja odnalezienia telefonu. Sprawdziłem ją wielokrotnie i jest bardzo przydatn Zegarek informuje nas o rozłączeniu, a telefon wydaje charakterystyczny sygnał dźwiękowy.
     
    Do szerokiej listy funkcji zegarka należą także: odczytywanie smsów i wysyłanie podstawowych odpowiedzi typu „Jestem na spotkaniu, oddzwonię.”, kalendarz wraz z informacjami o spotkaniach, odczyt e-maili itp. Osobną kategorię stanowią funkcjonalności związane z czujnikiem pulsu. Mamy tu do dyspozycji przede wszystkim standardowy monitoring pulsu - odczyt następuje domyślnie, co 5 min. Jak większośc tego typu urzadzeń, ZeTime ma opcję badania jakości snu. Po przetestowaniu mogę stwierdzić, że funkcja ta poprawnie wykrywa moment zaśnięcia i pobudki. Wyniki wraz z historią pomiarów możemy swobodnie przeglądać w aplikacji. Obsługa softu oraz funkcji jest bardzo przejrzysta i płynna, nie ma problemów z odnalezieniem się.
     

     
    Przechodząc do ekranu zegarka, dotyk działa sprawnie i bez opóźnień. Możemy szybko poruszać się po opcjach hybrydy przesuwając ekranem. Powierzchnia użytkowa szkiełka doskonale sprawdza się w użytkowaniu - odciski palców nie były widoczne, nie pojawiły się żadne zarysowania, ani też zabrudzenia. Przyciski działały bez zarzutu tak samo jak pokrętło. Łatwo poznać ich funkcje, po kilku dniach robimy to niemal automatycznie. Zapewne większość słysząc o smartwatchu - hybrydzie zastanawia się, czy mechaniczne wskazówki nie będą przeszkadzać w odczytywaniu informacji z ekranu? Producent na szczęście znalazł dobre rozwiązanie. Przy włączeniu powiadomień czy kalendarza wskazówki układają się w poziomie i ekran jest w stu procentach czytelny.
     
    Przechodząc do bardzo istotnej kwestii, czyli pracy baterii byłem szczerze zaskoczony. Przy dość intensywnym zapoznawaniu się z funkcjami ZeTime’a bateria starczyła na pięć dni. Co ciekawe, sam zegarek mechaniczny powinien działać jeszcze około 30 dni po rozładowaniu.
     
    Podsumowanie
     
    ZeTime jest innowacyjnym i starannie wykonanym produktem. Podczas jego użytkowania nie zauważyłem żadnych większych problemów, a obsługa okazała się płynna i intuicyjna. Myślę, że intencją producenta było rozszerzenie grupy docelowej o osoby, które cenią klasyczny styl, ale jednocześnie chcą korzystać z dobrodziejstw nowych technologii spod znaku wearables. Ceny ZeTime’a, w zależności od rodzaju paska, kształtują się w granicach 749 - 900 zł.
  24. Sirck
    Magiczne pióro – tak można by nazwać urządzenie marki Iris. Od teraz odręczne pisane notatki, mogą w mig znaleźć się na ekranie komputera w postaci cyfrowej… Nie, to nie będzie zwykły skan, tyko gotowy tekst, który można swobodnie edytować w dowolnym edytorze tekstu jak np. Word, Open Office, itp. Brzmi ciekawie?
     
    Zestaw zawiera: czarny długopis, odbiornik, pokrowiec, dodatkowe wkłady z tuszem i niewielkie szczypce do ich wymiany oraz kabel USB. Aby jednak skorzystać z pełni możliwości sprzętu należy jeszcze pobrać ze strony producenta odpowiednie sterowniki dla Windows.
     
    Jakość i wykonanie
    Pióro wykonano z czarnego, matowego plastiku. Dzięki niewielkiej wadze wynoszącej około 20 g nie różni się niczym od typowego długopisu. Wbudowana bateria według producenta pozwala na pięćdziesiąt godzin nieprzerwanej pracy, a jedyny element pozwalający odróżnić ten gadżet od zwyczajnego pióra to widoczny port micro-USB i czerwona dioda. Migając sygnalizuje niski poziom baterii, a stałe światło oznacza ładowanie. Metalowe wkłady z tuszem montuje się na wcisk, a ich wymiana wymaga od nas użycia dołączonych w zestawie szczypiec.

     
    Wymiary odbiornika wynoszą 7.6 x 2.8 x 1.2 cm, a waga oscyluje w granicach 26 g. Niewielki, poręczny wyposażony w mały wyświetlacz posiada jeden przycisk, port micro-USB oraz klips, którym przytwierdzimy go do kartki. Według specyfikacji bateria pozwala na około szesnaście godzin nieprzerwanej pracy, a wbudowana pamięć powinna pomieścić do stu kartek A4. Odbiornik przewiduje jeszcze ewentualność resetu, na wypadek nieprzewidzianych problemów. Czynność tą dokonujemy używając igły lub spinacza, naciskając przez 3 sekundy przycisk ukryty w niewielkim otworze po prawej stronie.
     
    Test praktyczny
    Naładowanie pióra i odbiornika przez port USB zajmuje do trzech godzin i zaleca się, aby używać dostarczonego w zestawie przewodu. Uruchomienie odbiornika następuje po przyciśnięciu przez pięć sekund głównego przycisku. Co ciekawe, po podłączeniu do PC mamy możliwości wybrania trybu notatki lub myszki. W tym drugim przypadku nasz długopis przeistoczy się w pełnoprawną mysz, dlatego bez problemu powinniśmy nawigować nim po pulpicie.

     
    Maksymalny format, na jakim możemy pracować to kartki A4. Opanowanie ogólnych możliwości łatwym nie jest i wymaga od nas sporej ilości prób i błędów. Przede wszystkim należy unikać zbyt upiększonego stylu pisma, skupiając się głównie na drukowanych literach lub ewentualnie kursywie. Nie zapominajmy również o robieniu nieco większych przerw między słowami, bo w innym przypadku wyjdzie nam nieczytelna zbitka na ekranie komputera. IRISNotes 3 wymaga od nas także wypracowania odpowiedniej pozycji przy pisaniu, jeśli chcemy bezproblemowo uchwycić całość naszej twórczości. W pewnych przypadkach będzie to pewnie wymuszać zmianę nabytych nawyków, dlatego zanim osiągniemy płynność w pracy powinniśmy uzbroić się w cierpliwość.

     
    Po zainstalowaniu sterowników na PC otrzymujemy dostęp do dwóch aplikacji: Note Manager i MyScript Notes Lite. Pierwszy program staje się naszym głównym narzędziem pracy. Po podpięciu odbiornika do PC korzystając z funkcji File/Upload przenosimy wykonane notatki do pamięci komputera, jednocześnie wybierając czy mają one zostać również usunięte lub zachowane na urządzeniu. Następnie do wyboru mamy drukowanie, zapisanie w formacie JPG, wysłanie mailem lub sieć lokalną oraz tryb edycji. Nic nie stoi na przeszkodzie, aby od razu przekonwertować notatki na pismo elektroniczne, które przekopiujemy np. do Worda. Wtenczas musimy skorzystać z aplikacji MyScript Notes Lite. Oba programy nie przetłumaczono na język polski, ale nie są to na tyle rozbudowane aplikacje, aby wywołały panikę u użytkownika. Zakres funkcji jest ograniczony i większość polega na bardzo prostych komendach.
     
    Ocena końcowa
    Reasumując, produkt od IRIS nie jest urządzeniem doskonałym. Brak polskiej wersji oprogramowania może nieco odstraszyć potencjalnych nabywców, ale jeśli ktoś choć trochę włada angielskim nie powinien mieć z tym problemu. Pierwsze próby zamiany naszych odręcznych notatek na cyfrowy plik mogą być nieco kłopotliwe. Dlatego zanim dojdziemy do pewnej wprawy, musimy uzbroić się w cierpliwość. Jednak największym minusem może okazać się jego (regularna) cena, która oscyluje w granicach 400 zł (w trakcie oddawania recenzji produkt był dostępny w popularnym sklepie internetowym za 309 zł!). Dla studenta ze skromnym miesięcznym budżetem zakup takiego gadżetu może okazać się bolesny. W przypadku zainteresowania produktem odbiorców biznesowych, zakup IRISNote 3 nie powinien stanowić najmniejszego problemu.
×
×
  • Dodaj nową pozycję...